konkursy

filmowy

muzyczny

Galowie jako przodkowie Senegalczyków?

W 2011 roku prezydent Nicolas Sarkozy, syn węgierskiego emigranta i wnuk greckiego Żyda, który przeszedł we Francji na katolicyzm, oficjalnie uznał niepowodzenie dotychczasowej francuskiej polityki wielokulturowości: „Za bardzo koncentrowaliśmy się na tożsamości osoby, która do nas przyjeżdża, zamiast na tożsamości kraju, który udziela jej gościny”. Czy rzeczywiście?

Nowy Naród nie może bełkotać Zacznijmy od statystyki: 66-milionową Francję zamieszkuje obecnie następujący odsetek mniejszości narodowo-religijnych… Nie, nie uda nam się tak zacząć. We Francji prowadzenie tego typu statystyk jest prawnie zakazane, co zdumiewa w przypadku państwa zbudowanego na zasadach demokracji i rozumu. Niektórzy będą skłonni dostrzec w tym zakazie refleks globalnej poprawności politycznej, ale jako historyk wolę w nim widzieć ślad pewnej oświeceniowej utopii.
Rewolucja francuska, której ideologia leży u podstaw współczesnej francuskiej państwowości, stworzyła dla niej nieśmiertelny wzorzec republiki „jednej i niepodzielnej”, w której w imię narodowej jedności zatarciu ulegają wszelkie regionalne partykularyzmy. Idea była iście rewolucyjna, bo Francja Anno Domini 1789 stanowiła wciąż niejednorodny organizm, w którym każda z prowincji cieszyła się odrębnymi przywilejami, a każdy z regionów wypowiadał się w swoim własnym dialekcie. Wielu mieszkańców królestwa czuło się bardziej Gaskończykami lub Flamandami niż Francuzami. Tego stanu rzeczy nie zmienił nawet tak skłonny do centralizacji francuski absolutyzm, któremu w smak była gra na lokalnych odrębnościach. Rola arbitra w gąszczu „odwiecznych” wolności i przywilejów poszczególnych prowincji nie mogła jednak zadowolić przywódców rewolucyjnej Francji. Rewolucja miała dużo większe ambicje. Chciała stworzyć nowy Naród (la Nation), w skład którego wchodzić mieli sami Nowi Ludzie (les hommes nouveaux) – sformatowani w procesie rewolucyjnej regeneracji Obywatele (les citoyens). Budowanie nowego narodu francuskiego polegało w dużej mierze na jego unifikacji. Zniesiono nie tylko lokalne przywileje, ale i dawny podział terytorialny kraju. Za pomocą cyrkla i linijki wytyczono nowe jednostki administracyjne – istniejące po dziś dzień departamenty. Już w pierwszą rocznicę zburzenia Bastylii na wielkim, jednoczącym kraj Święcie Federacji przedstawiciele prowincji ogłaszali zgodnie: „Deklarujemy uroczyście, że nie jesteśmy ani Bretończykami, ani Andegawenami, lecz Francuzami i obywatelami tego samego państwa”.
Cała Francja stać się miała jedną wielką rodziną, tak jak jej obywatele – zgodnie z wszechobecnymi hasłami Rewolucji – braćmi. Aby to jednak nastąpiło, trzeba było wpierw dotrzeć z radosną nowiną do najbardziej zapadłych wiosek w kraju. Nie było to wcale takie proste: u progu rewolucji językiem francuskim władała zaledwie jedna trzecia Francuzów. Jak porozumiewała się reszta? Ludność pogranicza mówiła w językach sąsiadów zza miedzy: po włosku, niemiecku, niderlandzku. Większość jednak mówiła w tak zwanych patois, lokalnych dialektach i gwarach. Rewolucjoniści nazywali je „zepsutymi idiomami”, widząc w nich relikt barbarzyństwa dawnych wieków i najzwyklejszy bełkot. W imię budowania Francji „jednej i niepodzielnej” państwo postanowiło zlikwidować „bełkot”. Zadanie to powierzono w pierwszym rzędzie szkole, ale do unifikacji językowej Francji w największej mierze przyczyniły się wojny. Rewolucyjne i napoleońskie armie okazały się najlepszymi oddziałami szkolnymi: w czasach Cesarstwa już trzy czwarte obywateli rozumiało język francuski. Polityka budowania jedności narodowej kosztem zacierania odrębności regionalnej obowiązywała jeszcze całkiem niedawno. U progu XXI wieku nie mówiono już może o dialektach jako o „zepsutych idiomach”, ale nadal traktowano je marginalnie – w roku 2000 były one obecne na antenie regionalnych mediów publicznych w wymiarze kilku minut na dobę. Niewiele lepiej było z poziomem ich nauczania w szkołach. W ostatnich latach – jak przypuszczam, nie bez wpływu dyrektyw europejskich – sytuacja ta uległa wyraźnej poprawie. Znajomość języka regionalnego zaczyna być promowana na maturze, zapewniając absolwentom dodatkowe punkty; w lokalny krajobraz na dobre wpisały się dwujęzyczne tablice z nazwami miejscowości. Państwo zaczyna dostrzegać w swym zróżnicowaniu kulturowym już nie wyraz zacofania i zagrożenie dla jedności wspólnoty, lecz naturalne bogactwo narodu. Lęk przed skażeniem języka francuskiego do końca jednak nie wygasł. Dziś mowie Racine’a zagrażają już nie lokalne dialekty, ale panoszący się w świecie język niegdysiejszego „odwiecznego wroga”. W walce o czystość języka Francuzi nie zawahali się wprowadzić zakazu używania angielskich słów w dokumentach urzędowych i reklamie. Aby był on skuteczny, Akademia Francuska czuwa nad zastępowaniem francuskimi odpowiednikami nowych słów, choćby były już tak rozpowszechnione w świecie, jak „komputer” czy „mail”. Troska o język narodowy łączy się z nostalgią za czasami, gdy był on językiem światowych elit. I pewnie z powodu tej właśnie nostalgii turystom tak trudno jest się dogadać z mieszkańcami Paryża.

Murzynek z niebieskimi oczami time4paper.com
Skoro Republika Francuska ma tak wielki problem z zaakceptowaniem wewnętrznych podziałów, to cóż dopiero mówić o wielokulturowości, która przyszła do niej z zewnątrz. Jeśli znów spojrzymy na to zjawisko z perspektywy historycznej, to mechanizm reakcji okaże się w obu przypadkach bardzo zbliżony.
Rewolucja francuska była w swym założeniu internacjonalistyczna. Jej braterski uścisk miał objąć cały świat. Podczas prac nad Deklaracją Praw Człowieka i Obywatela wielokrotnie powtarzano, że są to prawa „dla wszystkich czasów i wszystkich narodów”. Jej twórcy wierzyli święcie, że na sam odgłos rewolucyjnych haseł tyrani pospadają z tronów, a przebudzone z ciężkiego snu narody świata z entuzjazmem przyjmą francuski model ustrojowy. Z tej naiwnej wiary wynikło wiele nieporozumień w historii Europy, która – co najlepiej pokazały wojny napoleońskie – nie zawsze z należytą wdzięcznością przyjmowała u siebie zastępy francuskich misjonarzy Wolności.
Rewolucja przez długie lata traktowana była jako najlepszy francuski towar eksportowy, a trójkolorowa kokarda – w wizji rewolucjonistów – miała wkrótce zdobić nawet tureckie turbany. A jak wyglądała sytuacja cudzoziemców na francuskiej ziemi? Ta była nieco bardziej skomplikowana. W początkach rewolucji Francja ogłoszona została ziemią azylu, naturalnym schronieniem dla wszystkich wolnych ludzi, dla których stała się przybraną, lecz czułą matką. W miarę rozwoju sytuacji międzynarodowej i wojny z koalicją matczyna miłość Francji do imigrantów słabła, a w Konwencji coraz częściej pojawiały się żądania całkowitej banicji obcokrajowców. Godni pozostania – według jednego z projektów – nosić mieli na piersiach szarfę z napisem „Gościnność” (Hospitalité). Tych, których uznano za niegodnych, spotykały najróżniejsze represje: internowania, konfiskata majątków angielskich i hiszpańskich, ścisła kontrola przemieszczania się po terytorium Francji. Cudzoziemców zaczęto utożsamiać z bandytami, zdrajcami, obcymi agentami i szpiegami. Utopijne braterstwo szybko zmieniło się w realną ksenofobię. Z pewnymi wszakże wyjątkami.
W sierpniu 1791 roku na francuskiej wyspie San Domingo, kwitnącej „perle Antyli”, jak ją wówczas nazywano, wybuchło wielkie powstanie niewolników. Rewolucjoniści długo nie wiedzieli, jak odnieść się do tego faktu. Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela nie czyniła wszak żadnych rozróżnień na ludzi białych i kolorowych. Jednak lobby kolonialne w Paryżu było na tyle silne, że przez kilka lat blokowało rewolucyjne rozwiązania. Dopiero w lutym 1794 roku jakobińska Konwencja zdecydowała się na zniesienie niewolnictwa we francuskich koloniach. Temu przełomowemu aktowi towarzyszyła w metropolii godna oprawa: braterskie uściski, święta fraternizujące białych i czarnych obywateli, wylewane publicznie łzy wzruszenia. Najbardziej wzruszające były scenki z pochodów, w których Murzynki karmiły piersią białe niemowlęta, białe kobiety zaś dawały swe piersi do ssania Murzyniątkom. Możemy to odczytać nie tylko jako symbol zbratania ras, ale i asymilacji Czarnych (les Noirs) ssących białe francuskie mleko. Przynależność narodowa nie jest już kwestią pochodzenia, koloru skóry czy kształtu oczu – można ją swobodnie wybrać. Rewolucja odkrywa istnienie „Francuzów dwóch światów” (les Français des Deux Mondes): niedawni niewolnicy, dziś cieszący się pełnią praw obywatelskich, w niczym w zasadzie nie różnią się od swoich białych braci. Ta rewolucyjna konstatacja prowadzi do daleko posuniętych konsekwencji. Od tej pory Francja zarówno w metropolii, jak i w swych koloniach kierować się będzie zasadą asymilacji w myśl następującej aksjologii: Inny (l’Autre) – Senegalczyk, Niemiec z Lotaryngii albo Bretończyk – powinien być taki sam, jak my. Pobrzmiewa w tym nie tyle rewolucyjny egalitaryzm, co raczej nutka nadsekwańskiej megalomanii, która każe wierzyć Francuzom w bezwzględną wyższość ich kultury. Ale jest to też wyraz misji cywilizacyjnej, do której przez dziesiątki lat poczuwać się będą co szlachetniejsi kolonizatorzy. W końcu, czyż może istnieć większe szczęście niż bycie pełnoprawnym Francuzem?
Najlepiej streszcza to anegdota z czasów kolonialnych. W afrykańskiej wiosce małe Murzyniątka sylabizują z francuskiego elementarza: „Nasi przodkowie Galowie mieli blond włosy i niebieskie oczy”. Naród francuski tworzony jest poprzez znoszenie wszelkich różnic. Jak już wiemy, nie o włosy i oczy tu chodzi, lecz o rozbudowany system republikańskich wartości, które kandydat na Francuza musi przyjąć za swój, aby dostąpić zaszczytu przynależności do narodowej wspólnoty. Jedną z tych kardynalnych zasad – kto wie, czy obecnie nie najważniejszą, a przynajmniej najbardziej medialną – jest zasada laickości państwa. Święte prawo świeckości
„Francja jest republiką niepodzielną, laicką” – czytamy w aktualnej konstytucji z 1958 roku. Zasada laickości (laïcité), podobnie jak inne omawiane tu idee, zaczęła kiełkować w czasach rewolucji francuskiej, choć wcale nie od razu. Z początku tendencja była wprost przeciwna: rewolucja uczyniła z księży funkcjonariuszy publicznych, a po paroksyzmach dechrystianizacji eksperymentowała z państwowymi kultami deistycznymi, których gorliwym propagatorem i kapłanem był m.in. Maksymilian Robespierre. Dopiero po jego upadku wydano dekret, który stanowił, że Republika nie finansuje żadnego z kultów. Dekret ten nie obowiązywał długo – unieważnił go napoleoński konkordat z 1801 roku. Ostateczny rozdział Kościoła od państwa wprowadziła dopiero Trzecia Republika w 1905 roku jako zwieńczenie długiego procesu sekularyzacji kraju.
Zasada świeckiego państwa jest obecnie święta i nienaruszalna zarówno dla lewicy, jak i dla prawicy. Powołuje się na nią nawet, choć pewnie koniunkturalnie, Front Narodowy pod wodzą Marine Le Pen. Na tej zasadzie opiera się uchwalone w 2004 roku prawo o zakazie noszenia w szkołach publicznych ostentacyjnych znaków wyznawanej przez siebie wiary. Uczniowie przed wejściem do klasy zdjąć muszą jarmułki, duże krzyże, burki i nikaby. Zakaz zasłaniania twarzy rozszerzono w 2011 roku na wszystkie miejsca publiczne. Oficjalnie prawo to miało na celu względy bezpieczeństwa i dotyczyło zarówno (niewymienionych zresztą z nazwy) burek i nikabów, jak i masek, kasków motocyklowych oraz kominiarek. Tak zresztą zinterpretował je ostatnio Europejski Trybunał Praw Człowieka. Uznał on, że zakaz „nie wynikał z religijnych konotacji ubrań, ale jedynie z faktu, że zakrywają one twarz”. Pedagogiczny cel zakazu aż nazbyt dobrze prześwituje jednak z katalogu kar grożących tym, którzy go złamali. Osoba taka może zapłacić grzywnę do 150 euro, ale w niektórych przypadkach może też być skierowana (na własny koszt) na kurs przypominający o wartościach republikańskich. Osobną kategorię stanowią w ustawie osoby zmuszające kobiety do wkładania burek, nikabów czy innych tego typu zasłon. Tu prawo jest drakońskie i przewiduje grzywnę do 30 tys. euro. Prawo z 2011 roku dotyczyło bezpośrednio dość marginalnej liczby francuskich muzułmanek, jako że większość żyjących nad Sekwaną wyznawczyń Allaha pochodzi z Maghrebu, gdzie kobiety zgodnie z tradycją nie noszą burek. Liczbę kobiet szczelnie zakrywających twarz szacowano we Francji na około dwa tysiące. Zakaz spotkał się jednak ze sprzeciwem, a protestujące w burkach kobiety były pierwszymi ukaranymi grzywną na mocy nowego prawa.

Integracja niedoskonała
Imigrant lub potomek imigrantów, który zaakceptuje dekalog wartości republikańskich i spróbuje wtopić się we francuskie społeczeństwo, ma szansę poczuć się w „słodkiej Francji” jak we własnym domu. „Tutaj tylko traktowano mnie jak człowieka” – mówi czarnoskóry muzyk obieżyświat. Aby stać się nie tylko człowiekiem, ale i obywatelem, trzeba jednak wyrzec się swojej dawnej etnicznej i kulturowej tożsamości. Francja jest jedna i niepodzielna. I taka też musi być tożsamość naturalizowanego Francuza. Powiedzenie o przybyszu, że jest „doskonale zintegrowany” (parfaitement intégré) to we Francji wyraz najwyższego uznania. Francja nie jest jednak krajem doskonale zintegrowanym i dość regularnie słyszymy w mediach o jej zmaganiach z własną wielokulturowością. Po raz pierwszy ze zjawiskiem terroryzmu zetknęłam się namacalnie w połowie lat 90. podczas studiów w Paryżu przypadających akurat na „bombowy sezon” w metrze. Atmosfera strachu, uzbrojeni po zęby żołnierze z psami, bramki antyterrorystyczne na wejściu do mojej uczelni to dalekie echo polityki kolonialnej w Algierii. Tuż po moim ostatnim pobycie w Paryżu w 2005 roku dwóch nastolatków ze stołecznych przedmieść zginęło rażonych prądem w transformatorowni, w której ukryli się, by uniknąć policyjnej kontroli. Ich przypadkowa śmierć była iskrą zapalną, od której zapłonęły dzielnice imigrantów. Przez kilka tygodni „niedoskonale zintegrowani” obywatele Francji niszczyli samochody, sklepy, szkoły, restauracje i kościoły. Zamieszki ogarnęły 300 miast, zginęły dwie osoby, było 126 rannych, aresztowano prawie 3 000 osób, straty szacowano na 200 milionów euro. W lipcu 2013 roku w miejscowości Trappes koło Wersalu wybuchły zamieszki po tym, jak policjant próbował ściągnąć nikab z twarzy muzułmanki. Tego typu wydarzenia pokazują – jak pokrywka na buchającym coraz bardziej kotle – napięcia i problemy związane z francuską wielokulturowością. Licząca około pięciu milionów społeczność francuskich muzułmanów nie jest bynajmniej idealnie zintegrowana z resztą społeczeństwa.

Opłakane skutki boomu
Kiedy w okresie boomu gospodarczego lat 60. XX wieku fale imigrantów zalały Francję, przybysze z niepodległych kolonii nie myśleli o asymilacji. Przyjechali tylko na chwilę, aby dorobić się i szybko wrócić do algierskiej wioski. Tam za zaoszczędzone pieniądze mieli wybudować domy swoich marzeń, a we Francji zasiedlali blokowiska położone na obrzeżach miast. To były ich mikroświaty, poza które nie musieli i nie chcieli wychodzić. Rodzina i otoczenie sąsiadów pochodzących z takim samych algierskich wiosek dawały im poczucie bezpieczeństwa i umożliwiały kultywowanie własnych tradycji i wartości. Przybysze wpadali wkrótce w typową pułapkę emigranta. To, co miało być prowizorką na kilka lat, stawało się trwałym losem. Zrozumiały to boleśnie dopiero kolejne pokolenia, dostrzegając, że znalazły się nie tylko na obrzeżach miast, ale i na marginesie francuskiego społeczeństwa. Nie było już wtedy tak łatwo o pracę. Podmiejskie dzielnice stały się inkubatorem młodych, źle wykształconych bezrobotnych. Dwukrotnie wyższe od średniej krajowej bezrobocie budzi tam frustrację, ta zaś agresję, która znajduje ujście w paleniu samochodów we własnej, będącej całym światem dzielnicy. W stosunku do tych ludzi francuska polityka integracji ewidentnie zawiodła. Najboleśniej pokazał to w 2001 roku pierwszy w historii mecz Francja-Algieria rozegrany na paryskim Stade de France. Przybyła nań z pobliskich blokowisk młodzież ostentacyjnie wygwizdała Marsyliankę.
W ostatnich latach stosunek państwa wobec przybyszy, podobnie jak pogląd na swoją własną wewnętrzną wielokulturowość, staje się zdecydowanie mniej dogmatyczny. Pojawiają się pomysły, aby do kalendarza wprowadzić święta muzułmańskie i żydowskie; państwo chce partycypować w budowie meczetów; otwarte zostało Centrum Historii Imigracji; na pewien czas (do 2010) powołano Ministerstwo do spraw Imigracji, Tożsamości Narodowej i Wspólnego Rozwoju. W telewizji coraz więcej jest reklam zgodnych z zasadami islamu produktów halal. Wraz z nadejściem ramadanu francuskie półki uginają się od postnych ciasteczek, a kasjerki w hipermarketach taśmowo składają życzenia swoim arabskim klientom. Z przedszkoli tymczasem usuwany jest święty Mikołaj, który broni się rozpaczliwie, dowodząc swojej świeckości… W 2011 roku zmieniły się też diametralnie podręczniki do historii. Z programów gimnazjalnych zniknęli królowie symbolizujący francuską tradycję narodową. Uznawany za militarystę Napoleon musiał ustąpić pola bardziej pedagogicznej rewolucji francuskiej. Zamiast o Chlodwigu czy Ludwiku Świętym młodzież uczy się o Imperium Mali i afrykańskim królu Mansa Musie. Opis dokonań kulturowych Francji zastąpiła historia niewolnictwa. Część z usuniętych z programu tematów, takich jak napoleoński imperializm, nigdy co prawda nie należała do kanonu republikańskich wartości, jednak zadane przez Sarkozy’ego pytanie o tożsamość narodu wydaje się coraz bardziej palące. Galowie przestali już odgrywać rolę wielkich przodków Senegalczyków. Być może niedługo francuski podręcznik otwierać będzie inne zdanie: „Człowiek pochodzi z Afryki”. BM Monika Milewska jest historyczką, antropolożką, eseistką, tłumaczką, autorką książek: Ocet i łzy. Terror Wielkiej Rewolucji Francuskiej jako doświadczenie traumatyczne i Bogowie u władzy.

Pierwodruk: BM, nr 19/2014.

Dowiedz się
więcej: