konkursy

filmowy

muzyczny

Czy Kraków będzie miał swoją palmę?

Anna S. Dębowska: Dlaczego wielokulturowość?
Robert Salisz: – Bo to jest problem Europy, obok którego nie da się przejść obojętnie. Już parę lat temu kanclerz Angela Merkel przyznała, że w Niemczech, w których mieszka 16 milionów imigrantów, idea społeczeństwa wielokulturowego upadła. Ci nowi mieszkańcy nie chcą się integrować, uczyć niemieckiego. Europa musi rozważyć, gdzie są granice ustępstw. W październiku ubiegłego roku zorganizowaliśmy na Uniwersytecie Jagiellońskim międzynarodową konferencję, w której zabrali głos przedstawiciele świata akademickiego, publicyści, działacze kultury. Jedni bronili pluralizmu kulturowego i tolerancji, inni wskazywali na to, że sytuacja narastającego napięcia w Europie wywołana została przez wielokulturowość. Zaostrzenie się postaw radykalnych i ksenofobicznych jest faktem, wystarczy spojrzeć na wyniki wyborów do Europarlamentu.
Nasz projekt powstał jednak nie po to, aby zajmować określone stanowisko, nie ma charakteru politycznego. Każdy ma prawo się w związku z nim wypowiedzieć, choćby na prowadzonej przez nas stronie www.wielokulturowosc.org. Zaprosiliśmy do udziału artystów, wychodząc z założenia, że kultura jest tym, co łączy, a nie dzieli.
– Czyli że temat wielokulturowości był pretekstem do działań artystycznych?
– Wielokulturowość to idea, która sprawdza się lub nie, są różne opinie na ten temat. A kultura jest pozytywną wartością, nawet wtedy, gdy prowokuje. W Polsce wywołuje protesty, ale nie jest ich motorem – przy okazji ujawniają się podziały na tle politycznym, jak ostatnio w przypadku kontrowersyjnego spektaklu Golgota Picnic, który miał zostać pokazany na poznańskim festiwalu Malta. Kultura ma największą szansę łagodzić napięcia społeczne.
Drugie założenie było takie, żeby to był projekt interdyscyplinarny i żeby wzięli w nim udział zarówno zawodowi artyści tacy, jak Maurycy Gomulicki czy Tymek Borowski, jak i mniej znani, czy nawet amatorzy, którzy mogą się wypowiedzieć w konkursach, na naszej stronie internetowej np. publikując zdjęcia, jak Jan Rockar, czy teksty o wielokulturowości.
– Trwałą pamiątką po projekcie Wielokulturowość nie działa? będą rzeźby Maurycego Gomulickiego w Krakowie.
– Gomulickiego zasugerowała nam Hanna Wróblewska, dyrektor Zachęty Narodowej Galerii Sztuki – kuratorka części plastycznej naszego projektu. Gomulicki ma już doświadczenie – zrealizował np. różowy neon na warszawskim Żoliborzu, różowy Obelisk na rynku w Poznaniu i 12-metrowy kolorowy Totem na Openerze w Gdyni. W Krakowie jest parę świetnych rzeczy, ale sztuka współczesna prawie nie istnieje. Streetartowy festiwal ArtBoom próbuje coś zmieniać – pojawiły się murale, pojedyncze obiekty. Ale to wszystko jest bardzo źle przyjmowane.
– W swojej książce „Wanna z kolumnadą” Filip Springer pisze o tym, że Polska jest zalewana tanim budownictwem, betonowymi osiedlami, których mieszkańcy nie mają sklepów, kawiarni, przedszkoli i szkół, nie mówiąc o inspiracji estetycznej. Może tam jest miejsce dla obiektów sztuki współczesnej?
– Tak, ale centrom miast też tego brakuje. Daję przykład Barcelony, w której masz tego rodzaju obiekty rozsiane w całym mieście. To w odpowiedniej skali powoduje, że zmienia się przestrzeń życia miejskiego. U nas też zmienia się przestrzeń, ale szkodliwie, aspołecznie poprzez grodzenie osiedli, zamykanie się, brak zieleni. Nie ma w Polsce równowagi między poszczególnymi elementami miasta jako pewnego organizmu.
– Jaką rolę powinna odgrywać sztuka współczesna w plenerze miast?
– Edukacja, wpływ w psychikę, sposób myślenia, estetyzacja przestrzeni. Polska jest brzydkim krajem. Nawet w tych miastach, które są trochę ładniejsze, jest wiele szpetnych przestrzeni, zniekształconych jeszcze przez reklamy i bezładną zabudowę.
– Czy Warszawa ze swoją palmą, ze swoją Tęczą, może być inspiracją dla innych miast? Może była dla was?
– Może nie inspiracją, ale na pewno była jakimś punktem odniesienia. To są rzeczy świetne, które na tyle mocno ingerują w otoczenie, że je zmieniają, nadają mu nowe znaczenia, nie tylko estetyczne. W tym sensie na pewno skłaniają do podobnych działań. Dla mnie świetnym, bardzo prospołecznym zjawiskiem był Dotleniacz Joanny Rajkowskiej, który niestety zastąpiono placem z granitu.
– Jakie udane obiekty powstały w Krakowie?
– Zdecydowanie fontanna-rzeźba Marii Jaremy pt. Fryderykowi Chopinowi, stojąca przed gmachem filharmonii. Wyobraża wnętrze fortepianu. Jarema wymyśliła ją w 1949 roku, jednak do wykonania doszło dopiero w 2006 roku. To jedna z najbardziej udanych realizacji z ostatnich lat w Krakowie. Świetnie sprawdza się w lecie, kiedy fontanna jest czynna i woda tryska z kilku betonowych źródeł przypominających młoteczki fortepianu. Masz wtedy wrażenie, że strugi wody to struny. Brakuje mi takich inteligentnych obiektów.
Kraków zupełnie nie ma do tego szczęścia. Wychodzi się z założenia, że najprościej jest zrobić pomnik, który się bezpiecznie wpisze w XIX-wieczną stylistykę rzeźby figuralnej. Ostatni przykład to Matejko siedzący w pustej ramie.
Koronnym przykładem nieudanego projektu jest fontanna na Rynku Głównym, która miała być nawiązaniem do piramidy Luwru, a irytuje wszystkich. Realizacyjnie jest słaba, choć sam pomysł, aby pełniła funkcję przeszklonego sufitu Muzeum Historycznego w podziemiach Rynku Głównego jest świetny.
– Co było najtrudniejsze w realizowaniu „gomulickich” instalacji?
– Uzgadnianie wszystkiego z sześcioma co najmniej instytucjami, z których każda ma swoje procedury i na dodatek zawsze okazywało się, że coś się urzędnikom wymknęło, tym bardziej, że obiekty artystyczne to dla urzędników coś nietypowego. Musieliśmy przejść przez procedury z zakresu geodezji, architektury, prac budowlanych i zagadnień konstruktorskich (wyliczenie fundamentów). Stawiasz obiekt, który będzie ważył kilka ton, bezpieczeństwo musi być zachowane. Piramida liczy sześć metrów wysokości, waży kilka ton. Obelisk – odpowiednio pięć metrów, trzy tony. W sensie konstruktorskim są to dość potężne obiekty.
– Z jaką reakcją w ratuszu spotkała się wasza inicjatywa?
– Wiele zawdzięczamy wsparciu wiceprezydent Krakowa, Magdaleny Sroki. Udało się sprawić, że miasto przejmie te obiekty na własność i zadba o ich konserwację. Cieszę się, że wiceprezydent doceniła te projekty i dzięki temu nie utknęły one w biurokratycznej maszynie. Brakuje świadomości, czym jest taki obiekt w przestrzeni miasta.
– Dlaczego?
– We wspomnianej książce reporterskiej Springer zadaje pytanie urbanistom, czy oni czują się jeszcze w Polsce potrzebni. To pytanie pokazuje, że nie ma dziś w Polsce spojrzenia całościowego na to, jak miasto ma wyglądać. Urzędnicy myślą odcinkami. Zarazem nie potrzebują tych, którzy patrzą na miasto z szerszej perspektywy. Taki stan rzeczy wynika z tego, że większości Polaków jest wszystko jedno czy żyją w przestrzeni ładnej, czy brzydkiej.
Obserwuję, z jakim strasznym trudem przebija się w Krakowie kwestia ścieżek rowerowych. Niby to przykład z innej beczki, ale pokazuje identyczny sposób myślenia. Dopiero niedawno urzędnicy miejscy zrozumieli, że stworzenie odpowiedniej infrastruktury rowerowej, ścieżek czy wypożyczalni, nie jest fanaberią paru „nawiedzonych” Zielonych czy „lewaków”, ale realną potrzebą obywateli zakorkowanego i zanieczyszczonego miasta.

Pierwodruk: BM, nr 19/2014.

Dowiedz się
więcej: