konkursy

filmowy

muzyczny

Podróże są fundamentalne

Marcin Teodorczyk: Ponownie pojawisz się w Krakowie. Zanim zapytam Cię o cel wizyty, chciałbym się cofnąć do roku 2013. Zaintrygowała mnie sprawa z fluorescencyjnym wężem („Bestia”), którego umiejscowiłeś na krakowskich Plantach. Praca bardzo rzucała się w oczy, była szeroko komentowana, została też zdewastowana przez wandali, pisały o tym media. Natomiast ciekawi mnie Twoja motywacja, co chciałeś mieszkańcom Krakowa „zaoferować”? Chciałeś konkurować ze smokiem wawelskim?

Maurycy Gomulicki: Do pewnego stopnia. Może nie tyle konkurować, gdyż kategoria „inny” cieszy mnie o wiele bardziej niż „lepszy”, ale na pewno skoro do dyspozycji był szczególny kontekst, jakim jest figura smoka tu w Krakowie, miałem ochotę przetestować potencjał bestii w wymiarze bardziej zmysłowym. Ta praca – to swoista igraszka z ideą węża kusiciela. Chciałem uczynić go jak najbardziej uwodzicielskim, fascynująco tropikalnym, rozkosznie koralowym. Mam oczywisty problem ze sprowadzaniem seksualności do kategorii grzechu, podobnie jak ze zwalaniem odpowiedzialności na węża. Wydawało mi się, że taki stwór, rodem z brazylijskiego karnawału, dobrze zrobi rozbrykanemu, wkraczającemu w lato Krakowowi. Jak zwykle okazało się, że najlepiej zareagowały dzieci. One zasadniczo nie mają problemu z tym, co niezwykłe i kolorowe. Jeżeli chodzi o dewastację – cóż – wandalizm jest integralnym elementem świata, w którym nostalgię i frustrację topi się w alkoholu. Nie było mi przyjemnie, ale uważam, że świadomość takich mechanizmów w żadnym wypadku nie powinna powstrzymywać nas od działania. Dzięki staraniom Bunkra Sztuki wąż został zrekonstruowany i tego lata wił się w ogrodzie botanicznym, który okazał się dla niego znacznie przyjaźniejszym środowiskiem.essaystime.com

A teraz, co zobaczymy w przestrzeni publicznej Krakowa i w jakim czasie?

Trzy instalacje: „Muchomory” w Nowej Hucie, multikolorowy „Obelisk” w okolicy nowopowstałego centrum konferencyjnego, zaprojektowanego przez Krzysztofa Ingardena oraz „Piramidę” w bliżej jeszcze nie zdefiniowanej przestrzeni parkowej. Pierwsze dwie w listopadzie tego roku, ostatnią na wiosnę 2015.

Co było inspiracją dla tych prac?

W pracach in situ pierwszym determinującym je elementem jest lokalizacja – kontekst, jaki tworzy. Myślę, że więcej niż ja wiesz o specyficznym patosie Wawelu i Kopca Kościuszki, o urodzie krakowskich błoni i parków, o przytłaczającej, lecz fascynującej architekturze epoki stalinowskiej, głębokim cieniu nowohuckich podwórek.

Dlaczego akurat te prace wchodzą w dialog z wielokulturowością? Czy widzisz w nich potencjał otwierający czy wyzwalający?

Wszystkie trzy wykorzystują uniwersalnie czytelne ikony. Ponieważ wszystkie trzy są jednocześnie paradoksalnie egzotyczne (muchomor jest zjawiskiem przyrodniczym tak ekstremalnym, że jest egzotyczny nawet tam gdzie rośnie) i swojskie, bo od dawna zasymilowane przez nasz krąg kulturowy, myślę, że przede wszystkim pokazuję, że osmoza kultur jest zjawiskiem naturalnym niezależnie od tego, jaki mamy stosunek do idei wielokulturowego państwa czy multikulturowości jako takiej. Kultura żyje swoim własnym życiem i nie marnuje potencjałów.

Twój biogram robi wrażenie. Rzuca się w oczy edukacja artystyczna – studiowałeś w Warszawie, Barcelonie, Meksyku. Poznałeś inne kultury, różnych ludzi. Jak się w tym odnajdujesz jako artysta?

Podróże są fundamentalne. I nie chodzi mi w tym wypadku o przyjemność, o to, że „podróżować jest bosko”. Otwierają łeb – każdemu, nie tylko artyście. Są oczywiście przypadki geniuszów takich jak Kant, który przez całe życie praktycznie nie ruszał się z Królewca, ale nie zmienia to faktu, że poznawanie innych kultur wprowadza element relatywizmu w nasze postrzeganie świata, a bez tego łatwo uwierzyć w prawdy absolutne i zasklepić się okrutnie. Mamy oczywiście cudowny i straszny Internet, ale nie zastąpi on bezpośredniego doświadczenia życia.

Ingerencje artystyczne w przestrzeń publiczną zwracają uwagę, zmuszają do przystanięcia, zmieniają energię miasta i rozbijają tę szarą tkankę. W Twoich pracach zawsze było dużo koloru, począwszy od słynnego różu z początków Twojej kariery artystycznej. Skąd to się wzięło?

Kolor to witalność, a mnie szalenie pociąga życie w swojej zmysłowej intensywności i różnorodności. Niezależnie od tego, że moje serce, jak każdego urodzonego pod tą szerokością geograficzną, nie jest wolne od melancholii, czuję się obdarowany życiem i mam niewiarygodną frajdę z tysięcznych jego przejawów począwszy od wschodów i zachodów słońca, a skończywszy na sukienkach w groszki i neonowych pończoszkach. Piękno nie jest moralne samo w sobie i przez to często ( szczególnie przez ludzi zasadniczych) traktowane jest jak coś powierzchownego, a jednak zachwyt i radość, w jakie potrafi nas wprawić to jedna z największych nagród, jakie czekają na nas na tym padole łez. Pośród wielu spraw trudnych i poważnych, jakie co dzień nas dotyczą, łatwo o tym zapominamy. Ja staram się pamiętać i przypominać o tym innym, a kolor jest niezwykle silnym wehikułem takiego komunikatu.

Czym dla Ciebie jest prowokacja artystyczna?

Podejrzewam, że to pytanie pojawiło się tutaj, ponieważ to, co robię, kwestionuje często gradację ważności spraw, a przy okazji odbiega, przynajmniej w pewnym stopniu, od konwencjonalnych wyobrażeń na temat dobrego gustu, spróbuję więc uporządkować nieco ten temat. Prowokacja nie pociąga mnie jako zasadnicza dynamika interakcji. Ma ona swój sens, szczególnie w polu eksperymentu kulturowo-społecznego, ale ja zamiast wsadzać kij w mrowisko, wolę zdecydowanie tworzyć detonatory wyobraźni. Sublimacja, synteza i hiper-estetyzacja interesują mnie o wiele bardziej niż prowokacja. Tego, co robię nie traktuję jako prowokacji – chciałbym przez swoje działania wprowadzać pewien rezonans w świecie, tworzyć kontrapunkty uwagi, skłaniać do refleksji i rewizji ustalonych poglądów. Gloryfikować zjawiskowość świata. Uważam się bardziej za przemytnika niż prowokatora, jeżeli koniecznie potrzebujesz jakiejś etykietki.

Pytam też o to dlatego, że byłeś kojarzony z fotografią czy grafiką, potem w Twojej twórczości pojawiły się duże obiekty w przestrzeni Warszawy, Poznania Tarnowa, Krakowa. Skąd ta forma ekspresji artystycznej, czyli stawianie instalacji artystycznych w mieście?

Obraz to zawsze fantom – w żadnym wypadku z niego nie rezygnuję, ale możliwość działania w obrębie rzeczywistości daje zupełnie inną jakość. Przestrzeń miejska jest przestrzenią realnej interakcji i to czyni ją szalenie atrakcyjną jako pole działania. Posługując się dość suchą, ale zarazem aktualną terminologią, na pewno jestem świadomym i wręcz entuzjastycznym użytkownikiem przestrzeni publicznej – ulic, parków, skwerów, fontann etc. – i jako taki mam różne refleksje i wyobrażenia na jej temat. Jeżeli czerpię satysfakcję z jakichś zjawisk czy zdarzeń, chciałbym – o ile leży to w zakresie moich możliwości – przyczynić się do ich współtworzenia. Jednocześnie jestem mężczyzną w sile wieku, bytem tyleż mentalnym, co zmysłowym i cenię sobie możliwość fizycznej konfrontacji ze światem. Materializacja naszych konceptów jest niesłychanie satysfakcjonująca – wyobrazić sobie, zobaczyć, to jedno; dotknąć, zanurkować i zaprosić innych by też to zrobili, to zupełnie coś innego.

Czy zmiana medium i kontekstu wystawienniczego, jakim jest przestrzeń miejska, zmienia równocześnie Ciebie jako artystę?

Wielokrotnie podkreślałem, że sztuka interesuje mnie przede wszystkim jako możliwość, a nie jako cel per se. Nie myślę o sobie jako o artyście. Nie odżegnuję się od tej roli, ale jestem tyleż artystą, co ojcem, kochankiem, kolekcjonerem, czytelnikiem czy spacerowiczem. Istotne jest to, by kanalizować uwagę i energię tam, gdzie dzieje się coś naprawdę dla nas istotnego. Tyle może gwoli wyjaśnienia perspektywy. Praca w nowym, nieoczywistym kontekście jest otwierająca, stymuluje nas – rozwijamy się, działając. Każda kolejna realizacja przynosi ze sobą wiedzę i doświadczenie – pomaga nam w podjęciu następnego wyzwania.

Czujesz się obywatelem świata, czy mocno jesteś osadzony w Polsce?

Jedno nie wyklucza drugiego. Jestem z Polski.

Maurycy Gomulicki (rocznik 1969) to artysta, projektant, fotograf, kolekcjoner i antropolog kultury popularnej. Hedonista konsekwentnie propagujący Kulturę Rozkoszy. Ukończył Wydział Grafiki warszawskiej ASP (dyplom z grafiki warsztatowej z aneksem malarskim). Studia kontynuował na Universitat de Barcelona, w Nuova Accademia di Belle Arti w Mediolanie oraz w Centro Multimedia del Centro Nacional de las Artes w Meksyku. W latach dziewięćdziesiątych prowadził w miesięczniku „Machina” autorską rubrykę „Rzecz Kultowa”, przeniesioną później pod nazwą „Od rzeczy” na łamy magazynu „Fluid”. Był konsultantem i współautorem projektu „ABCDF – słownik wizualny Miasta Meksyk” (2000-2002). Jest głównym autorem wizerunku graficznego i architektonicznego sieci sex shopów Love Store (Meksyk 2005). Szerokiej publiczności dał się poznać dzięki multidyscyplinarnemu projektowi „Pink Not Dead!” (2006). Jest autorem trzech albumów fotograficzych: „Fúnebre” (wspólnie z Jeronimo Hagermanem, Editorial Diamantina, 2006), „W-wa” (Fundacja Bęc Zmiana, 2007) i „Minimal Fetish” (Leto, 2010). W ostatnich latach realizował szereg prac w przestrzeni publicznej m.in.: „Światłotrysk” (Park Kępa Potocka, Warszawa, 2009), „Color Cube” (D.H. Renoma, Wrocław, 2010), „Obelisk” („Pasaż Kultury”, Poznań 2010), „Widmo” (Cité Administrative, Bruxels, 2011), „Fantom” (Zamek, Lublin, 2011), „Totem” (Open’er, Gdynia, 2012), „Bestia” (Planty, Kraków 2013) i „Melancholia” (Park Strzelecki, Tarnów, 2013). Związany z warszawską galerią Leto. Mieszka i pracuje na przemian w Polsce i Meksyku.

Dowiedz się
więcej: