konkursy

filmowy

muzyczny

Marcin Galent: Wielokulturowość w Norwegii. Kontury struktury.

Rozważania nad kondycją idei społeczeństwa wielokulturowego postrzegane przez pryzmat Norwegii byłyby mało zrozumiałe dla przeciętnego Polaka, gdyby nie tragedia do jakiej doszło w tym kraju trzy lata temu. Oczywiście jednostkowy akt fanatyka nie może definiować społecznej rzeczywistości. Anders Breivik tak naprawdę nie ma narodowości i mógł zaatakować wszędzie.
Norwegia  nie jest szczególnym krajem jeśli chodzi o historię i naturę imigracji. Nie jest też norweskie państwo jakoś szczególnie podatne na postulaty polityk wielokulturowych. Przyjęty model integracji ma raczej pragmatyczny charakter, bez popadania w ekstrema. Gospodarka kwitnie, bezrobocie jest niższe niż zalecane przez ekonomistów. Poziom i jakość życia oceniane są w różnych skalach jako najwyższe na świecie. Z wielu badań opinii publicznej wynika, że Norwegowie to najszczęśliwsze społeczeństwo. Pomimo tego, coś w tym społeczeństwie nie działa. Wielokulturowość? Ale dlaczego?
Geneza wielokulturowej Norwegii
Norwegia, która wybiła się na niepodległość w 1905 roku, przez wieki była krajem mobilnych mieszkańców, zżyta głęboko z morzem, wykorzystywała ten najłatwiejszy sposób przednowoczesnego transportu do utrzymywania kontaktów z innymi krajami. Większość norweskich ośrodków cywilizacyjnych zbudowanych zostało wokół portów, które sprzyjały dużej mobilności. Przez wieki Bergen, które do połowy XIX w. było największym miastem w Norwegii, niemal w połowie zamieszkane było przez niemieckich, niderlandzkich czy brytyjskich przybyszów oraz ich potomków. Norwescy kupcy i marynarze byli obecni niemal w całej Europie.
Sytuacja zmieniła się wraz z odkryciem nowych transoceanicznych szlaków handlowych. Hanzeatycka sieć miast w północnej Europie podupadła, a nowe szlaki poprowadziły głównie za Atlantyk. Mobilni Europejczycy porzucili lokalne szlaki i ruszyli na zachodnią półkulę. Norwegowie również. Byli jedną z najliczniejszych nacji  jaka osiedliła się w Ameryce Północnej na przełomie XIX i XX wieku. Za ocean wyemigrowało ich wtedy prawie milion. W sensie relatywnym, jako procent emigrującej populacji, norweski odpływ był drugim, po Irlandii, największym odpływem ludności w Europie w tamtym czasie. Przyczyny, które zmuszały dotychczasowych mieszkańców Norwegii do wyjazdu, nie sprzyjały również napływowi nowej ludności. Ponieważ mało kto chciał osiedlać się w relatywnie ubogim, peryferyjnym kraju o srogim północnym klimacie, do końca lat 50  XX wieku, odsetek obcokrajowców w Norwegii był minimalny.
Pierwszymi imigrantami, którzy zaczęli się osiedlać w Norwegii byli uchodźcy. Norwegowie od dawna byli gościnni dla tych, którzy z różnych względów musieli uciekać ze swoich ojczyzn. Słynęli z tolerancji i przywiązania do egalitarnych wartości. Tutaj chroniły się ofiary politycznych prześladowań, etnicznych konfliktów i wojen z całego świata. Na początku XX w. byli to Żydzi z Europy wschodniej, potem uciekinierzy z Węgier po radzieckiej interwencji 1956 r., w latach 70. chilijscy dysydenci, następnie ofiary licznych konfliktów zbrojnych w Wietnamie, Iranie, Iraku, Somalii, Afganistanie i krajów bałkańskich. Przez dekady Norwegia stała się schronieniem dla prześladowanych z niemal wszystkich krajów, gdzie toczyły się zbrojne konflikty. Obecnie kraj ten gości najwięcej uchodźców ze wszystkich krajów rozwiniętych w przeliczeniu na jednego mieszkańca.
Drugi rodzaj imigrantów pojawił się pod koniec lat 60., kiedy odkryto olbrzymie zasoby ropy naftowej na Morzu Północnym. Jeden z najbogatszych krajów, jakim stała się Norwegia był magnesem dla migrantów zarobkowych z całego świata. Od lat 70. zaczęli przybywać do Norwegii zagraniczni pracownicy, którzy tak samo jak w Niemczech, Belgii, czy Szwajcarii, podejmowali pracę w zawodach nie wymagających wysokich kwalifikacji. Zatrudniani byli głównie dlatego, że nie można było znaleźć wystarczająco dużo chętnych do pracy w kraju. Popularnie nazywani robotnikami-gośćmi (guestworkers) migranci owi pochodzili na ogół z peryferyjnych regionów krajów muzułmańskich, głównie Pakistanu i Turcji.
Liberalna polityka imigracyjna prowadzona w celu przyciągnięcia rąk do pracy w deficytowych sektorach, trwała do roku 1975. Skończyła się wraz z „kryzysem naftowym”  i początkiem procesu deindustrializacji. Wraz ze schyłkiem gospodarki opartej na przemyśle ciężkim wyczerpała się potrzeba rekrutowania z zagranicy pracowników o niskich kwalifikacjach. W nowej, opartej na wiedzy, ekonomii, silne ręce do pracy przestały być towarem deficytowym. Tak samo jak w innych krajach europejskich, goście uznali jednak, że wolą pozostać w nowej ojczyźnie na stałe. W 1976 roku norweski rząd, wychodząc naprzeciw tym oczekiwaniom, wprowadził ustawodawstwo, zezwalające na osiedlenie się tym, którzy już mieszkali i pracowali w Norwegii. Tym sposobem imigranci zmienili swój status z tymczasowych migrantów na stałych mieszkańców, a potem pełnoprawnych obywateli. Nowi obywatele rzadko  zrywają więzi ze swoimi krajami. Zarówno uchodźcy, jak i imigranci zarobkowi, utrzymywali i utrzymują nierzadko bliskie kontakty z pozostawionymi w swoich ojczyznach najbliższymi członkami rodziny, zdarza się , że szukają tam życiowych partnerów. Dlatego też sieci transnarodowych powiązań związane z łączeniem i tworzeniem rodzin, odgrywają wciąż bardzo ważną rolę w imigracji. Szacuje się, że od roku 1990 około 40 procent osiedlających się w Norwegii imigrantów to właśnie członkowie rodzin przybyłych wcześniej osiedleńców.
Trzeci typ przybyszów do Norwegii to głównie imigranci napływający z ościennych krajów nordyckich oraz nowych państw Unii Europejskiej, którzy razem stanowią obecnie nieco ponad połowę całej populacji imigrantów. Aktualnie to praktycznie jedyny rodzaj imigracji, nad którym norweski rząd nie sprawuje kontroli. Jako że Norwegia należy do strefy Schengen, obywatele Unii Europejskiej mogą przekraczać bez przeszkód jej granice, z czego skwapliwie korzystają. Ostatnie rozszerzenie Unii przyniosło ponowny wzrost napływu imigrantów. W samym tylko roku 2012, który jak dotąd był pod tym względem rekordowy, w Norwegii osiedliło się prawie 50 tysięcy przybyszów, czyli prawie jeden procent całej populacji. Narodowością zdecydowanie przeważającą wśród ostatnich przybyłych są Polacy, którzy w ostatniej dekadzie stali się największą mniejszością imigracyjną. W przeciągu ostatnich 12 lat liczba Polaków na stałe mieszkających w Norwegii wzrosła z ok. 6.5 tys. do 82.5 tys.
Na tle innych krajów europejskich, norweska populacja imigrantów jest wyjątkowo zróżnicowana. Poza Polakami, kolejne największe mniejszości napływowe to osoby pochodzenia szwedzkiego (37.5 tys.), pakistańskiego (33.5 tys.), somalijskiego (33 tys.) i litewskiego (30. 5 tys.). W tym pięciomilionowym kraju żyje niemal 80 narodowości, reprezentowanych przez minimum tysięczną grupę osadników. W sumie składają się one na 13 procent populacji Norwegii. Chociaż w dzisiejszej Norwegii imigranci mieszkają niemal w każdym zakątku kraju, to tak jak w innych krajach Europy najczęściej osiedlają się w największych miastach. W stolicy kraju Oslo odsetek ludności napływowej przekroczył już jedną trzecią populacji. Dwie trzecie z nich to przybysze spoza świata zachodniego, a jedna piąta pochodzi z krajów Europy wschodniej. W Furuset, wschodniej dzielnicy Oslo, gdzie odsetek imigrantów jest jednym z najwyższych, poza największą grupą pochodzenia pakistańskiego, żyją przedstawiciele aż 160 narodowości.
Sto lat po wielkim exodusie Norwegów do Ameryki, Norwegia sama stała się krajem imigracji, a przez to prawdziwie wielokulturowym społeczeństwem. Dotyczy to także świata codziennych interakcji społecznych. Coraz mniej Norwegów wyraża niechęć wobec obecności imigrantów we wspólnej przestrzeni publicznej, coraz mniej z nich odczuwa również niechęć przed nawiązywaniem osobistych relacji. W 2002 roku niemal co dziesiąty Norweg przyznawał, że odczuwałby dyskomfort wynikający z sąsiadowania z imigrantem. W zeszłym roku ilość takich opinii spadła zaledwie do 6 procent. Dekadę temu 40 procent Norwegów czułoby się źle, gdyby któraś z ich latorośli zdecydowała się poślubić imigranta. 10 lat później takim obawom wyraz dał tylko co czwarty z badanych.
Niestety, wraz z napływem imigrantów pojawiły się również w społeczeństwie norweskim nowe mechanizmy stratyfikacji, w których pochodzenie etniczne determinuje położenie w społecznej hierarchii. Długotrwałe bezrobocie, uzależnienie od pomocy społecznej, zamykanie się w etnicznych enklawach i sprzeczne z egalitarnym etosem kraju praktyki, stały się częścią społecznej rzeczywistości. Zjawiska te po części biorą się oczywiście ze stereotypów, uprzedzeń i dyskryminacji wobec napływowych mniejszości, ale w znacznej mierze również z pewnych kulturowych cech tradycyjnych społeczeństw, z jakich pochodzą niektórzy imigranci.
W stronę wielokulturowego państwa
Masowy napływ imigrantów do Norwegii nie wpłynął w jakiś zasadniczy sposób na ustrojową organizację państwa. W sensie konstytucyjnym, prawnym i instytucjonalnym, Norwegii nie można traktować jako kraiku, który uznaje wielokulturowy charakter społeczeństwa i stara się do tej sytuacji dostosować przez stworzenie choćby pozorów równorzędności w traktowaniu różnych kultur przez państwo. Idea wielokulturowości nie została wyrażona ani w konstytucji, ani formalnie ujęta w ustawodawstwie, nie została nawet potwierdzona jakąkolwiek uchwałą parlamentarną. W wymiarze porządku konstytucyjno-prawnego wielokulturowość nie jest zasadą, która miałaby jakiś efektywny wpływ na funkcjonowanie rządu centralnego oraz władz lokalnych. W Norwegii nie istnieje również żadna formalna instytucja, czy to w obrębie organów państwa, czy to w charakterze niezależnego ciała, która zajmowałaby się oceną kondycji wielokulturowego społeczeństwa, lub choćby sformalizowanymi konsultacjami z mniejszościami postimigranckimi.
Na poziomie deklaratywnym jednak, wiele dokumentów rządowych zawiera sformułowania, które zwykle wchodzą w skład wielokulturowych rozwiązań instytucjonalnych. Wyrażają często wolę zaangażowania instytucji państwa do budowania właściwych warunków dla integracji imigrantów, ich społecznego włączania oraz sprzeciw wobec rasizmowi. W ustrojowej architekturze państwa norweskiego ulokowano także jeden departament w Ministerstwie do Spraw Dzieci, Równości i Społecznego Włączania, w którego misji zaznaczono, że rząd będzie: „wspierał tolerancyjne i wielokulturowe społeczeństwo oraz zwalczał rasizm. Ponieważ różnorodność wzbogaca wszystkich”. W szczegółowych wytycznych działania departamentu skupiają się jednak na tym, w jaki sposób zapewnić inkorporację imigrantów i mniejszości etnicznych do społeczeństwa norweskiego, a nie na sposobach ochrony i promocji dziedzictwa kulturowego owych mniejszości.
Uznanie dla wielokulturowej rzeczywistości zaczęło się natomiast przejawiać w sposób otwarty w programach edukacyjnych i placówkach szkolnych. Od 2004 r. instytucje edukacji biorą pod uwagę fakt, że część uczniów pochodzi z mniejszości etnicznych i w związku z tym potrzebne jest uwzględnienie pluralizmu w codziennym życiu szkół podstawowych. Szkoły zobowiązane są do przyjęcia „wielokulturowej perspektywy”, a materiały dydaktyczne mają odzwierciedlać „wielokulturową rzeczywistość”. Nauczyciele przechodzą dodatkowe przygotowanie, kładące większy nacisk na rozwój kulturowych kompetencji, którego celem jest umiejętność socjalizacji uczniów w pluralistycznym i wielokulturowym środowisku. W procesie edukacyjnym szkoły zobowiązane są do tego,by przygotowywać indywidualnie dopasowane programy nauczania tak, aby uwzględniały kulturowe punkty odniesienia zgodne z pochodzeniem uczniów.
Norweski rząd jest również relatywnie aktywny we wspieraniu działalności organizacji i stowarzyszeń powołanych przez mniejszości etniczne. Liczne granty kierowane są głównie do struktur zrzeszających różnorodne grupy etniczne po to, aby ograniczać sytuację rywalizacji pomiędzy poszczególnymi społecznościami o zasoby. Różnorodne wsparcie kierowane jest również dla tych organizacji tworzonych przez imigrantów, których celem jest działalność związana z przekraczaniem barier etnicznych oraz promowaniem komunikacji międzykulturowej. Oficjalnym celem tych programów rządowych jest wspieranie aktywności obywatelskiej na najniższym, lokalnym poziomie, gdzie etniczne uprzedzenia i dyskryminacja są często powodem społecznej segregacji. Od 2008 roku rząd zaczął również aktywnie wspierać działalność grup, które starają się przeciwdziałać niechlubnym i nielegalnym zwyczajom praktykowanym przez imigrantów wywodzących się z niektórych pozaeuropejskich tradycyjnych społeczeństw. Dotyczy to przede wszystkim walki z reprodukcją podrzędnego statusu kobiet.
Rząd norweski próbował również wprowadzić elementy akcji afirmatywnej w państwowych instytucjach. Od 2007 r. w dwunastu wybranych gałęziach wprowadzono pilotażowy program, którego celem była promocja zatrudnienia członków mniejszości w sytuacji, w której posiadali oni równe kwalifikacje z innymi kandydatami. Akcja miała jednak raczej wizerunkowy charakter i ograniczyła się bardziej do podnoszenia świadomości o istnieniu praktyk dyskryminujących na rynku pracy, niż do chronionych prawem regulacji. Nie przyjęto natomiast żadnych prawnych regulacji mających dbać o właściwą reprezentację mniejszości etnicznych i imigrantów w publicznych i prywatnych mediach. Inaczej niż na przykład w Wielkiej Brytanii, gdzie dba się o to, żeby telewizja i radio w proporcjonalny i wyważony sposób odzwierciedlały i prezentowały etniczną i kulturową różnorodność. Środki masowego przekazu mają pod tym względem zupełną swobodę.
Większość badaczy wielokulturowości zgadza się, że w praktyce integracja imigrantów w Norwegii lokuje się pomiędzy modelem wielokulturowym charakterystycznym dla takich krajów jak Wielka Brytania, Szwecja czy Belgia, a modelem asymilacyjnym obecnym w takich krajach jak Francja, Austria czy Dania. Norwegowie wybrali drogę środka.
Wielokulturowość. Co nie działa?
Aż do lat 80. obecność imigrantów pozaeuropejskich w dyskursie publicznym nie odgrywała istotnego znaczenia. Tak jak w innych krajach europejskich pracujący goście traktowani byli raczej z sympatią zarówno przez oficjalne instytucje, jak i opinię publiczną. Pracy w Norwegii dla wszystkich było pod dostatkiem, a tej dla niewykwalifikowanych imigrantów, nawet w nadmiarze. Imigranci funkcjonowali na obrzeżach społeczeństwa i praktycznie nie byli widoczni w przestrzeni publicznej. Nikomu z nich też nie przychodziło do głowy, żeby tę widoczność jakoś szczególnie zaznaczać. Poza zwykłymi przypadkami uprzedzeń oraz dyskryminacji w życiu codziennym, nieobcymi żadnemu pluralistycznemu społeczeństwu, obecność imigrantów ani nie była na tyle istotna, żeby przebić się do głównego nurtu dyskursu publicznego, ani, tym bardziej, żeby poprzez ten dyskurs odzwierciedlić proces społecznej polaryzacji w tej materii. Sytuacja zmieniła się zasadniczo w latach 90.
Od tamtej pory argumenty wymierzone w ideę i praktykę społeczeństwa wielokulturowego stały się bardzo zróżnicowane. Współcześni przeciwnicy wielokulturowości tworzą bardzo nietypowe alianse, w których często odnaleźć można przedstawicieli z przeciwstawnych biegunów politycznego spektrum. Wydaje się jednak, że należy dokonać zasadniczego rozróżnienia pomiędzy poglądami, które mają swoje korzenie w tradycyjnym rasizmie, a krytyką opartą na empirycznie uzasadnionych przesłankach.
Mocno upraszczając, współczesna forma rasizmu mniej polega na walce genów, a bardziej na walce kultur. To nie kolor skóry miałby decydować o pełni człowieczeństwa, lub jego braku, ale jakość kultury, z której się człowiek wywodzi. Jednostka jest reprezentantem pewnej kultury, która determinuje jej wartość, decyduje o relacjach dominacji i podporządkowania. Kontakt kulturowy przybiera charakter gry o sumie zero. W takiej perspektywie nieuniknione jest kulturowe starcie. Uliczne demonstracje muzułmanów sprzeciwiających się  karykaturom Mahometa w 2006 roku oraz zamieszki na ulicach Oslo z przełomu 2008 i 2009, wywołane protestami młodych muzułmanów przeciwko interwencji w Gazie, tak właśnie zostały przez kulturowych rasistów zinterpretowane. Nie jako uaktywnienie się w przestrzeni publicznej asertywnych przedstawicieli mniejszości postimigranckich, którzy jako pełnoprawni norwescy obywatele zaczęli domagać się od swojego państwa określonych działań, ale jako lokalny odcinek globalnej wojny wywołanej „zderzeniem cywilizacji”.
Skrajnym reprezentantem kulturowego rasizmu jest Breivik, dla którego nadrzędnym wrogiem Norwegii stał się islamofaszyzm. Współczesnym kulturowym rasistom udało się wykreować islamofobiczną narrację, w której napływ imigrantów z krajów muzułmańskich przedstawiany jest jako świadomy podbój kulturowy i demograficzny, a jego celem jest wyzucie etnicznych Norwegów ze swojego dziedzictwa i kultury i narzucenie im kultury opartej na islamie. Centralnym punktem tej narracji jest walka o Norwegię, w której ścierają się dwie siły. Ci, którzy nie stawiają skutecznego oporu wrogim najeźdźcom, czyli wszelkiej maści liberałowie, socjaldemokraci, zwolennicy wielokulturowości i tolerancji, portretowani są jako kolaboranci i zdrajcy ojczyzny. Islam przedstawiany jest jako nazistowskie zagrożenie XXI wieku, a przedstawiciele uległego społeczeństwa jako współcześni Quislingowcy, czyli norwescy współpracownicy Hitlera z czasów II wojny światowej. Upiorny mord na dziesiątkach niewinnych osób uzasadniał  koniecznością patriotycznego poświęcenia wymagającego od obrońców ojczyzny najwyższych ofiar w imię walki o narodową niepodległość. Rasizm kulturowy w wydaniu Breivika jest oczywiście przykładem ekstremalnym, niemniej jednak nie oznacza to, że w słabszych wersjach nie pojawia się w głównym nurcie dyskursu publicznego. Zdarza się, że trudno jest zidentyfikować wyraźną granicę pomiędzy irracjonalną ksenofobią, a opartymi na racjonalnych przesłankach argumentami. Szczególnie dotyczy to sfery mediów, gdzie granica pomiędzy sensacją a rzetelną informacją jest często mniej lub bardziej świadomie przekraczana.
Dyskusja nad wielokulturowością ma także poważniejszy charakter. Z tej krytycznej dyskusji na temat wielokulturowości w Norwegii należy wyodrębnić dwa główne wątki, które  organizują współczesną norweską debatę. Nieco paradoksalnie jeden skupia się na obronie dezintegrującej się spójności społecznej, a drugi na obronie autonomii jednostki.
W obronie społeczeństwa
Wątek relacji pomiędzy kształtem norweskiego ‘welfare state’ a rosnącym pluralizmem kulturowym stał się niezmiernie ważny w kontekście intensywnej krytyki nordyckiego modelu przez zwolenników rozwiązań neoliberalnych. Obrońcy nordyckiego modelu społecznego argumentują, że odwrót od egalitarnego dyskursu i spadek poparcia dla państwowej interwencji, w celu łagodzenia efektów swobodnej gry sił rynkowych i wspierania redystrybucji zasobów mających ograniczać logikę bezwzględnej konkurencji, jest spowodowany  przez narastające zróżnicowanie.
Krytycy rosnącej wielokulturowości zwracają uwagę na fakt, że tożsamość narodowa jest pewną cenną wartością. Nie w sensie kulturowej treści, ale w sensie wypracowania poczucia więzów solidarności pomiędzy członkami narodowej wspólnoty. Gotowość do dbania o egzekwowanie sprawiedliwości społecznej jest oparta na poczuciu zobowiązania wobec wspólnoty wyobrażonej. Ta wspólnota równych i równoprawnych obywateli została osiągnięta dopiero wraz z powstaniem demokratycznego państwa narodowego i dlatego postępująca i niczym nieograniczona heterogenizacja kulturowa przyczynia się do dezintegracji horyzontu społecznych wyobrażeń, a przez to do selektywnego poczucia odpowiedzialności za losy innych. Podkreślanie kulturowych różnic, ich propagowanie i celebrowanie, sprzyja być może uznaniu grup pod tym względem nieuprzywilejowanych, ale równocześnie ogranicza obszar społecznej solidarności. Krytycy wielokulturowości zdają się przestrzegać przed nadmiernym uznaniem różnicy w wymiarze symbolicznym, ponieważ pociąga ona za sobą również przyzwolenie dla nierówności w sferze ekonomicznej. Ujmując sprawę lapidarnie, kosztem promowania kulturowej różnorodności, wielokulturowość w sposób niezamierzony przyczynia się do demontażu idei egalitarnego społeczeństwa.
Argumenty te sformułowano po raz pierwszy już w latach 90. Kluczowym pojęciem, odzwierciedlającym ówczesny ideologiczny ferment, było wprowadzone do debaty publicznej określenia ‘sinilisme’, czyli „nadmiernej hojności”. Argument ten spotkał się ze szczególnym oddźwiękiem społecznym, ponieważ sformułowany był przez prominentnego polityka socjaldemokracji Rune Gerhardsena. Syn wielokrotnego premiera Norwegii, Einara Gerhardsena, uważanego za twórcę norweskiego ‘welfare state’, nie zawahał się wystąpić z krytyką dorobku ojca. Format osoby miał istotne znaczenie, ponieważ trudno było ją wykluczyć z publicznego dyskursu przez zakwalifikowanie do obozu politycznego ekstremizmu. Chociaż ostrze nowego dyskursu ideologicznego wymierzone było generalnie w nadmiernie rozwinięte instytucje stojące na straży egalitaryzmu i socjalnego bezpieczeństwa norweskich obywateli, to w kontekście tego przewartościowania, pojawiła się też pierwsza oficjalna krytyka,wzrastającej pod wpływem imigracji kulturowej, heterogeniczności. Krytyczna debata nad wpływem imigrantów na społeczeństwo norweskie uzyskała pełną legitymizację społeczną.
Przerośnięty system pomocy społecznej oraz bezkrytyczna publiczna wrażliwość wobec mniejszości  miały prowadzić do sytuacji, w której imigranci korzystali bez ograniczeń z przyznanych im praw, zaniedbywali natomiast swoje podstawowe obowiązki. Wykorzystywanie zasiłków, niechęć do pracy, uchylanie się od wysiłków w celu integrowania się ze społeczeństwem, stały się od tamtej pory stałym katalogiem zarzutów wobec samych imigrantów, ale też umożliwiającemu taką sytuację systemowi. Krytycy respektowania odmienności kulturowej dowodzili, że zbyt dużo wagi przywiązuje się do dowartościowania innych kultur, co miało prowadzić do przeoczenia oczywistych wartości kultury norweskiej. W tym kontekście jej najcenniejsze cechy polegałyby na odwoływaniu się do korzeni indywidualistycznej kultury wyrosłej z protestanckiego ducha. Kultura taka sprzyjała kształtowaniu niezależnych, zaradnych jednostek, które gotowe były do ciężkiej pracy oraz brania odpowiedzialności za własny los. Tymczasem napływ imigrantów z krajów, gdzie etyka pracy i chęć odniesienia indywidualnego sukcesu nie odgrywała istotnej roli w systemie kulturowym powodował, że w dobrze zorganizowanym i harmonijnie funkcjonującym homogenicznym społeczeństwie norweskim pojawiać się zaczęły społeczne pola, w których ten wyidealizowany obraz norweskiego kanonu załamywał się. Diagnoza była taka, że, ponieważ wszystkie potrzeby imigrantów spełniane były bezwarunkowo, to nie pojawiał się żaden impuls, który powodowałby wzrost poczucia obywatelskiego obowiązku i chęci włączania się w norweski system wartości i norm, wśród niektórych przybyszów.
Taką krytyczną ocenę efektów „nadmiernej hojności” sformułowała w latach 90. również antropolożka społeczna – Uni Wikan, która od lat tłumaczy, że ten zbyt przyjazny model społeczny może być jednocześnie niebezpieczny i demoralizujący dla samych imigrantów, a szczególnie tych, którzy pochodzą z krajów radykalnie odmiennych kulturowo. Przerośnięta opiekuńczość państwa powoduje, że przybysze otaczani są mackami instytucjonalnego paternalizmu, którego efektem jest ich stopniowe ubezwłasnowolnianie. Zdając się wyłącznie na szczegółowo zaplanowane regulacje, mające usunąć przed nimi wszelkie trudności związane z adaptacją w nowym kraju, imigranci wyzbywają się umiejętności polegania na sobie. W konsekwencji zamiast stać się autonomicznymi obywatelami zdolnymi w pełni wykorzystywać potencjał rozwoju stworzony przez promujące egalitaryzm instytucje norweskie, stają się częściej słabo zintegrowanymi, odizolowanymi i bezwolnymi klientami instytucji pomocy społecznej.
Bezwarunkowy szacunek dla kulturowej odmienności jest zatem przede wszystkim szkodliwy dla samych nosicieli tych kultur, ponieważ bezkrytyczna tolerancja ich niektórych cech przyczynia się do powstawania dysfunkcjonalności w nowym społecznym kontekście. Bezwarunkowe i bezrefleksyjne uznanie dla każdej kulturowej odmienności jest zdaniem Wikan przyczyną powstawania kultury zależności, wyuczonej bezradności, co w konsekwencji prowadzi do utraty podmiotowości i obniżenia samooceny, a tym samym poczucia deprywacji i społecznego wykluczenia. Zatem zamiast skupiać się na odtwarzaniu stereotypów o przegranych szansach dyskryminowanych imigrantów, którzy wymagają szczególnej opieki i troski ze strony społeczeństwa, należałoby raczej podkreślać podobieństwa szans i możliwości. Nie różnica powinna być przedmiotem dowartościowania, ale podobieństwo w zdolności do wykorzystywania społecznych szans na realizowanie indywidualnych karier i zawodowych sukcesów. Tym bardziej, że większość badań potwierdza, że drugie pokolenie imigrantów radzi sobie znacznie lepiej od swoich rodziców. Odsetek Norwegów pakistańskiego pochodzenia podejmujących studia jest wyższy niż ogólna średnia. W samym Oslo, co dziesiąty student medycyny pochodzi z tej grupy etnicznej. Pakistańscy Norwegowie radzą sobie również znakomicie w lokalnej i narodowej polityce. W Oslo co dziesiąty radny ma pochodzenie pakistańskie, w norweskim Parlamencie ich koledzy zajmują prestiżowe stanowiska, a w 2012 roku 32-letnia Hadia Taijk została najmłodszym ministrem kultury.
Mimo, iż w społecznej percepcji imigranci nadużywają dobrodziejstw państwa dobrobytu jednak nic nie wskazuje, żeby pod tym względem problem się eskalował. Gospodarka kwitnie, bezrobocie nie przekracza higienicznych 4 procent. Odsetek osób uważających, że imigranci wykorzystują system, spadł na przestrzeni ostatniej dekady o jedną czwartą, do niewiele ponad 30 procent.
W obronie autonomii jednostki
Drugim, znacznie bardziej emocjonalnym i polaryzującym społeczeństwo nurtem krytycznym wobec idei społeczeństwa wielokulturowego jest kwestia związana z obecnością religii w przestrzeni publicznej, prawa kobiet oraz poszanowanie autonomii jednostki. W tym wymiarze politykę wielokulturowości oskarża się o to, że jest sprzeczna z praktykami zsekularyzowanego społeczeństwa, działa ze szkodą dla emancypacji kobiet oraz promuje kolektywistyczny przymus w mniejszościach etnicznych, kosztem możliwości realizacji indywidualnych wyborów ich członków. Wymuszane i aranżowane małżeństwa, głośne przypadki zabójstw honorowych, w których ofiarami padają młode kobiety karane za odstępstwa od tradycyjnych norm regulujących  relacje seksualne pomiędzy płciami, odmawianie kobietom prawa do aktywnego uczestnictwa w publicznym życiu, to problemy na które Norwegowie są szczególnie uwrażliwieni. W społeczeństwie, w którym początek instytucjonalnej walki o równouprawnienie kobiet sięga końca XIX wieku, takie praktyki odczytywane są jako gwałcenie osiągnięć,( z których Norwegowie są szczególnie dumni), jako negacja norweskiej esencji tożsamości narodowej. Krytycy wielokulturowości dowodzą, że instytucjonalizacja uznania dla konserwatywnych kultur, zagwarantowanie im równego traktowania i wspieranie samozwańczych liderów tych mniejszości, jest pośrednio wsparciem dla reprodukcji opresyjnych struktur. Udzielanie im państwowego autorytetu oraz finansowe i organizacyjne wspieranie przyczynia się do wzmacniania wspólnotowej więzi, a przez to do nieformalnej i formalnej kontroli społecznej, która zamiast rozmiękczać granice kulturowe, czyni je bardziej porowate i przepuszczalne, co powoduje odmienne od założonych efekty. Zamiast otwierać mniejszości na wpływ progresywnych i emancypacyjnych wartości, prowadzi do esencjalizacji i petryfikacji obyczajów, których korzenie nierzadko tkwią w realiach tradycyjnych rolniczych społeczeństw żyjących w połowie ubiegłego wieku. Mniejszość ta reprezentowana jest przez męską starszyznę, która nierzadko spędziła dzieciństwo i dorastała w najbardziej peryferyjnych zakątkach świata. Problemy te stały się szczególnie wyraźne w momencie swoistego ożywienia religijnego i wzrostu znaczenia islamskiej identyfikacji tożsamościowej w drugim pokoleniu imigrantów. Młodzi, często dobrze wykształceni i ekonomicznie prosperujący muzułmanie świadomie zakwestionowali hegemoniczny dyskurs zsekularyzowanego społeczeństwa i od początku XXI wieku aktywnie zabierają głos w debatach publicznych, starając się występować jako równoprawni obywatele domagający się od swojego państwa renegocjacji warunków, na jakich islam jest obecny w przestrzeni publicznej.
W Norwegii, tak jak w innych europejskich krajach, dyskursywna walka o ochronę zsekularyzowanego modelu norweskiego odbyła się w kontekście debaty nad prawem do noszenia chust przez muzułmanki. Norweskie władze, po długich wahaniach i zmianach stanowiska, nie zdecydowały się na to, żeby tak jak w sąsiedniej Szwecji zezwolić członkom mniejszości etnicznych na odstępstwo od zasad w noszeniu urzędowych uniformów. Inaczej niż w Londynie i Sztokholmie, na ulicach Oslo nie spotkamy policjantek noszących chusty czy policjantów z turbanami na głowach. Po raz pierwszy prośbę o zezwolenie na noszenie chusty wystosowała oficjalnie młoda muzułmanka w 2009 roku, która przechodziła szkolenie przygotowujące do pracy w policji. Początkowo rząd ogłosił, że nie widzi przeszkód dla takiego rozwiązania, ale stanowisko to spotkało się z silnym oporem wśród parlamentarzystów wspierających rząd, którzy ulegli medialnej i politycznej ofensywie wytoczonej przez antyimigrancką Partię Postępu oraz sprzyjające jej media i szybko wymogli na premierze zmianę stanowiska. Sprawa zezwolenia na noszenie chust przez policjantki powróciła w 2012 roku, kiedy na czele Ministerstwa Kultury stanęła pierwsza muzułmanka Haija Tajik. Powołana przez jej poprzedniczkę na stanowisku ministra dwunastoosobowa komisja przygniatającą większością głosów opowiedziała się za wprowadzeniem takiej możliwości, ale reprezentująca stanowisko rządu Haija Tajik zdecydowanie odrzuciła tę propozycję.

Katalizatorem krystalizacji muzułmańskiej tożsamości była duńska afera karykaturowa w 2006 roku. Konflikt na tym tle osiągnął globalny wymiar, a w Norwegii stał się przyczyną emancypacji drugiego pokolenia imigrantów muzułmańskiego pochodzenia. To w tym czasie doszło do uaktywnienia się w przestrzeni publicznej i w narodowej debacie asertywnych przedstawicieli mniejszości postimigranckich, którzy jako pełnoprawni norwescy obywatele domagali się ochrony państwa przed obraźliwymi dla muzułmanów praktykami. Po drugiej stronie stanęli ci, którzy twierdzili, że prawo do krytyki nie powinno być niczym ograniczone. Tysiące norweskich muzułmanów wyległo na ulice w proteście przeciwko obraźliwym rysunkom. Domagali się wprowadzenia zakazu obrażania uczuć religijnych, wprowadzenia ograniczeń wolności słowa, ograniczenia prawa do nawoływania do nietolerancji oraz surowszego karania za mowę nienawiści.
Nieco paradoksalnie zbrodnia Breivika uzmysłowiła wielu Norwegom, że wolność słowa i swoboda wypowiedzi mogą przynosić tragiczne konsekwencje. Była ona namacalnym dowodem na to, że sytuacja braku mechanizmów ograniczających mowę nienawiści nie jest tylko cenną wolnością chroniącą od ideologicznego knebla pochodzącego z repertuaru political correctness, ale że może stawać się również jądrem ciemności, z którego narodzić się mogą nowego rodzaju ekstremizmy. W pewnym sensie była potwierdzeniem argumentów zwolenników niektórych zaleceń repertuaru polityk wielokulturowości, którzy domagają się wprowadzenia prawnego zakazu obrażania innych, propagowania nienawiści i nawoływania do przemocy. Jak twierdzą zwolennicy wprowadzenia pewnych ograniczeń w swobodzie wypowiedzi, należy je zaakceptować, żeby zapobiegać budowaniu i podsycaniu atmosfery niechęci, nieufności oraz agresji. Życie w społeczeństwie wielokulturowym powinno wiązać się z większym wyczuciem wobec odmiennych wrażliwości, bo ewentualne napięcia mogą przerodzić się w otwartą agresję i przemoc, oraz  że ta przemoc nie jest tylko atrybutem fanatycznych hord jihadystów z egzotycznych krajów, ale że może się narodzić w sercu najbogatszego, najszczęśliwszego i najbardziej progresywnego społeczeństwa.
Post scriptum
16 września 2013 roku w historii wielokulturowości w Norwegii rozpoczął się nowy rozdział. W wyborach do norweskiego Parlamentu zwyciężyła Partia Konserwatywna z jej bliskim sojusznikiem politycznym Partią Postępu. Jej skrajnie liberalny program pewnie nigdy nie uzyskałby znaczącego poparcia, gdyby w 1988 roku partia ta nie zdecydowała się włączyć do niego otwarcie antyimigranckich haseł. Ksenofobiczny populizm oraz jawna islamofobia w ciągu następnej dekady uczyniły z niej trzecią, największa siłę polityczną, a kilka lat później drugą. Dzisiaj politycy Partii Postępu zdołali rozmontować kordon sanitarny, utworzony przez główne ugrupowania polityczne w celu odcięcia jej od głównego nurtu politycznego.

Dowiedz się
więcej: