konkursy

filmowy

muzyczny

David Goodhart: Za dużo różnorodności?

Czy Wielka Brytania staje się zbyt zróżnicowana, aby móc przestrzegać wzajemnych zobowiązań koniecznych do funkcjonowania dobrego społeczeństwa i państwa opiekuńczego?

Wielka Brytania w latach pięćdziesiątych XX w. była krajem podzielonym na klasy i regiony. Jednak w większości miast, przedmieść, miasteczek i wsi była duża szansa przewidzenia postaw, a nawet zachowań ludzi mieszkających w bezpośrednim sąsiedztwie.

Dziś w wielu częściach Wielkiej Brytanii już tak nie jest. Kraj ten już dawno przestał być Orwellowską „rodziną” (nawet jeśli była to rodzina rządzona przez niewłaściwe osoby). Dla niektórych jest to powód do żalu i przyczyna poczucia zagubienia – zmiana, która kojarzy się z coraz częstszym brakiem uprzejmości we współczesnym zurbanizowanym życiu. Dla innych jest to oznaka nieuniknionego i mile oczekiwanego nadejścia współczesności. Po trzech wiekach ujednolicania w wyniku uprzemysłowienia, urbanizacji, budowania narodu i wojen, Brytyjczycy stają się swobodniejsi i bardziej zróżnicowani. Pięćdziesiąt lat pokoju, dobrobytu i mobilności, pozwoliło na większą różnorodność w stylu życia i wyznawanych wartościach. Ta „różnorodność wartości” została spotęgowana zróżnicowaniem etnicznym wynikającym z dwóch wielkich fal imigracji: pierwszej głównie z Indii Zachodnich i Azji w latach 1950 i 1960, oraz drugiej, składającej się z ubiegających się o azyl imigrantów z Europy, Afryki i Bliskiego Wschodu w latach 1990 .

Różnorodność, indywidualizm i mobilności, które charakteryzują rozwinięte gospodarki – szczególnie w dobie globalizacji – oznaczają, że większą część naszego życia spędzamy wśród obcych. Od czasu wynalezienia rolnictwa 10.000 lat temu, ludzie przyzwyczajają się do kontaktów z osobnikami spoza swoich szeroko pojętych rodzin. Różnica polega na tym, że obecnie w kraju rozwiniętym takim jak Wielka Brytania nie tylko mieszkamy wśród obcokrajowców, ale jeszcze musimy się z nimi dzielić. Dzielimy dostęp do usług publicznych oraz część naszych dochodów w ramach państwa opiekuńczego, dzielimy wspólną przestrzeń w miastach, gdzie wspólnie tłoczymy się w autobusach, pociągach, metrze, udzielamy się w demokratycznym dyskursie – przetwarzanym przez media – na temat podejmowanych przez nas wspólnych wyborów. Wszystkie te akty dzielenia się postępują płynniej i łatwiej jeżeli przyjąć pewne wspólne wartości i założenia. Jednak w miarę jak Wielka Brytania staje się coraz bardziej różnorodna, ta wspólna kultura podlega osłabieniu.

I na tym polega jeden z głównych dylematów życia politycznego w społeczeństwach rozwiniętych: dzielenie się i solidarność mogą stać w opozycji wobec różnorodności. Jest to szczególnie dotkliwy dylemat dla zwolenników postępu, którzy pragną zarówno Solidarności, rozumianej jako spójność społeczna i troskliwa opieka państwa, oparta na podatku progresywnym jak i Różnorodności czyli szacunku dla różnych społeczności, wartości i sposobów życia. Napięcie między tymi dwoma systemami i wartościami przypomina, że polityka to sztuka kompromisów. Sugeruje również, że niedawny romans lewicy z różnorodnością może odbywać się kosztem wartości, a nawet ludzi, których kiedyś broniła.

To konserwatywny polityk David Willetts zwrócił moją uwagę na „dylemat postępowców”. Przemawiając podczas okrągłego stołu, na temat reformy opieki społecznej (brytyjski miesięcznik Prospect, marzec 1998), powiedział: „Podstawa, w oparciu o którą można uzyskać duże kwoty z podatków, a następnie wypłacić je w formie świadczeń pokazuje, że większość ludzi myśli, iż pomagają takim jak oni, stojącym przed trudnościami, z którymi sami mogliby się borykać. W sytuacji, w której wartości stają się coraz bardziej zróżnicowane, a style życia coraz bardziej inne, trudno jest podtrzymać zasadność uniwersalnego państwa opiekuńczego, w którym ryzyko jest dzielone przez współobywateli. Ludzie pytają: „Dlaczego mam za nich płacić, skoro robią rzeczy, których sam nigdy bym nie zrobił?” Przykładem są z jednej strony Stany Zjednoczone, a z drugiej Szwecja. Można mieć państwo opiekuńcze jak w Szwecji, pod warunkiem, że społeczeństwo jest jednorodne i posiada wspólne wartości. USA to bardzo zróżnicowane, indywidualistyczne społeczeństwo, w którym ludzie czują mniej zobowiązań wobec współobywateli. Postępowcy chcą różnorodności, ale w ten sposób tracą część moralnego konsensusu, na którym oparte jest duże państwo dobrobytu.”

Te słowa pokazały mi pod jak wieloma aspektami bieżącej polityki czai się dylemat progresistów: system podatkowy i polityka redystrybucji, debata o uchodźcach i imigrantach, budżet na pomoc rozwojową, integracja z UE oraz środki na biedniejsze państwa Europy południowej i wschodniej, a nawet napięcia między USA (zbudowaną na politycznych ideałach i masowej imigracji), a Europą (opartą o państwa narodowe, reprezentujące solidarność etniczno- językową).

Zastanawianie się nad konfliktem między solidarnością i różnorodnością, to kolejny sposób poszukiwania odpowiedzi na pytanie stare, jak samo społeczeństwo, kto jest moim bratem? Z kim dzielę wzajemne zobowiązania? Tradycyjne konserwatywne podejście, oparte na poglądach Edmunda Burke’a mówi, że poczucie naszego pokrewieństwa promieniuje z naszych rodzin i miejscowości na cały naród, ale niewiele dalej. Pogląd ten przeciwstawiony jest liberalnemu i uniwersalistycznemu spojrzeniu zgodnie z którym wszyscy jesteśmy w pewnym sensie równie zobowiązani w stosunku do innych, niezależnie od tego czy mieszkamy w Bolton czy w Burundi. Idea ta związana jest z uniwersalistycznymi aspektami chrześcijaństwa i islamu, z uniwersalizmem Kanta i lewicowym internacjonalizmem. Nauka pozostaje neutralna w tym sporze, albo raczej stoi po obu stronach dysputy. Psychologia ewolucyjna podkreśla zarówno uniwersalność większości ludzkich cech jak i – poprzez zasadę doboru krewniaczego i wzajemnego altruizmu – instynkt sprzyjania swoim. Psycholodzy społeczni twierdzą również, że tendencja do wyodrębniania grup własnych i grup obcych, mimo, iż wydaje się przemijająca, jest wrodzona. W każdym razie, zwolennicy teorii Edmunda Burke’a twierdzą, że zdrowy rozsądek jest po ich stronie. Argumentują, że czujemy się bardziej komfortowo i jesteśmy bardziej skorzy do dzielenia się i poświęceń dla tych, z którymi łączy nas wspólna historia i podobne wartości. Mówiąc wprost – większość z nas woli swoich .

Hasła takie jak kategoria „swoich” lub grup własnych, mogą wywołać popłoch w umysłach wielu czytelników. Warto więc podkreślić to, czego nie oznacza preferowanie swoich, nawet według Burke’a. A więc nie oznacza wrogiego nastawienia do innych, ani braku współczucia dla obcych. (Są tacy, którzy nie lubią innych, jednak w Wielkiej Brytanii stanowią oni dość niewielką grupę). W społeczeństwach rozwiniętych większość z nas należy równocześnie do wielu grup – rodzinnej, zawodowej, klasowej, zrzeszającej miłośników wspólnego hobby, ludzi z jednej miejscowości, narodu – a zdolność łatwego poruszania się z między grupami jest oznaką dojrzałości. Grupa „swoich” – za wyjątkiem rodziny – nie stanowi kategorii naturalnej ani biologicznej, a ludzie traktowani jako jej członkowie mogą płynnie przechodzić do innych grup, jak widać na tragicznym przykładzie Bośni. Oczywiście, ci, których zaliczamy do grupy swoich mogą być dość zróżnicowani, zwłaszcza w takim mieście jak Londyn.

Co więcej, nowoczesne, liberalne społeczeństwa nie mogą opierać się na prostym stwierdzeniu tożsamości grupowej – sam koncept rządów prawa, równego traktowania dla wszystkich bez względu na wyznanie, stan posiadania, płeć lub pochodzenie etniczne, jest z nim sprzeczny. Z drugiej strony, jeśli odrzucić założenie, że ludzie są istotami społecznymi, żyjącymi w grupach z ograniczoną w niesprecyzowany sposób chęcią dzielenia się, znajdziemy się sytuacji, w której bronimy różnych niedorzecznych tez, jak np., że powinniśmy wydać tyle na pomoc dla krajów rozwijających się co na NHS (brytyjski odpowiednik NFZ) lub, że Wielka Brytania nie powinna w ogóle posiadać żadnej kontroli imigracyjnej. Łatwo jest wyśmiewać przejawy poczucia powinowactwa w mediach relacjonujących katastrofy – dwóch martwych Brytyjczyków zajmuje tyle samo miejsca co 200 nieżywych Hiszpanów, czy 2000 Somalijczyków. Jednak na co dzień, wydając własne pieniądze zachowujemy się według podobnego schematu. Nawet zamożny, liberalny Brytyjczyk, który wspiera organizacje charytatywne wyda powiedzmy 200 funtów na urodziny swojego dziecka wiedząc, że takie pieniądze przekazane we właściwe ręce mogą uratować życie dziecka w trzecim świecie. Stopień poczucia obowiązku względem tych, z którymi nie łączą nas więzy pokrewieństwa ani obywatelstwa, jest częściowo czysto prywatną decyzją, dobroczynnym odruchem. Aczkolwiek ma on również wpływ na politykę, i to nie tylko w dziedzinie pomocy rozwojowej. Na przykład, znaczące zasoby NHS, wydatkowane są co roku na gości zagranicznych, szczególnie w Londynie. Wielu z nas może teoretycznie zgodzić się, że potrzeby zdesperowanych obcokrajowców są często większe niż nasze. Jednak wyrazilibyśmy sprzeciw, jeżeli nasz rodzic lub dziecko otrzymałoby pomoc gorszej jakości, ponieważ środki zużyte zostały na rzecz cudzoziemców.

Czy można pogodzić te spostrzeżenia na temat ludzkich odruchów z coraz bardziej otwartym, elastycznym społeczeństwem, przepełnionym różnymi wartościami? W pewnym zakresie owszem, tak. Nasze liberalne demokracje wciąż funkcjonują dość dobrze, a jednym z osiągnięć współczesnego świata jest to, że ludzie nauczyli się tolerować i dzielić z innymi ,różniącymi się nawet bardzo od nich samych (Aż do XX wieku, dzisiejsze państwo opiekuńcze uznano by za sprzeczne z ludzką naturą). Z drugiej strony, logika stojąca za solidarnością, z jej skłonnością do nakreślania granic, oraz logika stojąca za różnorodnością z tendencją do ich przekraczania, ciążą w przeciwnych kierunkach w niektórych momentach dziejowych. W wyniku erozji wspólnych norm i tożsamości, właśnie teraz zwłaszcza klasowych i narodowych, oraz niedawnego napływu imigrantów do Europy, znajdujemy się w takich czasach.

Nowoczesna koncepcja obywatelstwa w pewien sposób łagodzi napięcie między solidarnością i różnorodnością. Obywatelstwo nie odnosi się do etnicznego pochodzenia, więzów krwi ani kraju pochodzenia, lecz stanowi bardziej abstrakcyjny koncept polityczny – co oznacza równe prawa (i obowiązki) ustawowe, polityczne i społeczne dla osób zamieszkujących dany kraj. Ale obywatelstwo to nie tylko abstrakcyjne pojęcie, stanowiące o prawach i obowiązkach, dla większości z nas jest to coś, czego się nie wybiera, a z czym się rodzi – wynika ono ze wspólnej historii, wspólnych doświadczeń, a często także ze wspólnego cierpienia, jak trafnie ujął to amerykański pisarz Alan Wolfe : „Za każdym obywatelem kryje się grób.”

Oba te aspekty obywatelstwa niosą ze sobą wzajemne zobowiązania. Krytycy twierdzą, że takie rozumienie wspólnoty narodowej jest anachroniczne, zmieniły ją globalizacja, indywidualizm i migracje, jednak nadal posiada wydźwięk polityczny. Kiedy politycy mówią o „Brytyjczykach”, odnoszą się nie tylko do zbioru osób o określonych prawach i obowiązkach, ale także do grupy osób posiadających względem siebie szczególne zobowiązania. Bycie członkiem takiej społeczności oznacza akceptację zasad moralnych( jak by one nie były rozmyte), które leżą u podstaw praw i systemu opieki socjalnej państwa.

W retoryce nowoczesnego państwa liberalnego, spoiwo etniczności („ludzie, którzy wyglądają i mówią tak jak my”) zostało zastąpione systemem wartości („ludzie, którzy myślą i zachowują się tak jak my”). Ale brytyjskie wartości wyrastają po części z naszej historii, a nawet z geografii. Zbyt szybka zmiana w składzie wspólnoty zmienia nie tylko teraźniejszość, ale także, potencjalnie, nasz stosunek do przeszłości. Według Boba Rowthorn’a (brytyjski miesięcznik Prospect, luty 2003), możemy utracić poczucie odpowiedzialności za naszą własną historię z jej jasnymi i ciemnymi stronami, jeśli zbyt wielu obywateli się z nią nie identyfikuje.

Czy to stanowi problem? Wielka Brytania w roku 2004 jest przecież krajem zbyt zróżnicowanym i złożonym, aby dać wyraz wspólnej kulturze w teraźniejszości, nie mówiąc już o przeszłości. Różnorodność w tym kontekście jest zwykle rozumiana jako różnice na tle etnicznym. Jest to jednak tylko jedna strona narracji o różnorodności, aczkolwiek ta łatwiejsza do zmierzenia i bardziej emocjonalna. Dylemat progresistów staje się również widoczny w wartościach i różnicach międzypokoleniowych, które objawiły się z taką siłą w latach sześćdziesiątych XX wieku. Podczas – wspomnianego wyżej – okrągłego stołu, zorganizowanego przez brytyjski miesięcznik Prospect, Patricia Hewitt, obecny sekretarz ds. handlu, podała przykład konfliktu pokoleniowego z jej okręgu Leicester. Prowadziła ona agitację wyborczą na osiedlu komunalnym i podeszła do starszego małżeństwa białej rasy. Starszy pan zauważył u niej logo laburzystów i powiedział: „Nie głosujemy na partię pracy, bo dajecie pieniądze podatników naszej córce.” Okazało się, że córka mieszkała na pobliskim osiedlu z trójką dzieci z różnych ojców, a rodzice ją wydziedziczyli. (Dowód, że nawet bliskie więzi krwi nie zawsze wywołują poczucie solidarności.)

Większa różnorodność może doprowadzić do rzeczywistych konfliktów wartości i interesów, a także generować nieuzasadnione obawy. Obycie z różnymi stylami życia, większa mobilność i lepsze wykształcenie pomogły przezwyciężyć niektóre z tych obaw, co jest promowane przez kulturę popularną i coraz większą dostępność szkolnictwa wyższego (osoby z wyższym wykształceniem są wyraźnie bardziej tolerancyjne niż inni). Obecnie w Wielkiej Brytanii odnotowuje się mniej przypadków jawnej homofobii, seksizmu i rasizmu (a za to znacznie więcej mieszanych rasowo małżeństw) niż 30 lat temu, a dyskryminacja rasowa jest najbardziej podkreślaną w polityce formą niesprawiedliwości. Jednak 31% populacji wciąż przyznaje się do rasistowskich uprzedzeń. Naukowcy tacy jak Isaac Marks z londyńskiego Instytutu Psychiatrii ostrzegają, że nie da się podzielić populacji na małą grupę ksenofobów i resztę. Większość z nas kryje w sobie uczucia podejrzliwości i wrogości wobec obcych.

Widoczność różnic etnicznych często przysłania inne formy różnorodności. Zmiany w składzie narodowościowym w mieście lub okolicy mogą sygnalizować szersze zmiany współczesnego życia. Niektóre przejawy rasizmu, szczególnie u starszych ludzi, można odczytywać jako przerażenie spowodowane zmianą dawnego trybu życia (choć to wcale nie sprawia, że są one przyjemniejsze, jeśli adresowane są do nas). Inny wygląd wielu imigrantów stanowi zewnętrzne przypomnienie, że są oni, przynajmniej na początku, obcy. W państwie opiekuńczym, gdzie środki wpłaca się na wspólny fundusz, z którego wszyscy możemy czerpać w razie potrzeby, ważne jest odczucie, że większość ludzi podjęła identyczny wysiłek, aby być samowystarczalna i nie nadużywać systemu. Musimy mieć pewność, że obcym, zwłaszcza osobom z innych krajów, przyświeca ten sam ideał wzajemności, co nam. Wchłaniane obcych przez społeczności w prawdziwym tego słowa znaczeniu, zawsze wymaga czasu.

Zmniejszaniem napięć między solidarnością i różnorodnością zajmuje się polityka. Jednak zarówno lewica jak i prawica, z różnych powodów, bagatelizowały ten problem. Lewica niechętnie uznaje konflikt między wartościami które ceni, jest natomiast gotowa, aby podkreślić erozję społeczeństwa z powodu „złych” form różnorodności, takich jak indywidualizm rynkowy, ale nie tych „dobrych”, jak np. wolność seksualna i imigracja. A prawica, przynajmniej w Wielkiej Brytanii, pomija ten konflikt, po części dlatego, że jest mniej zainteresowana kwestiami solidarności niż lewica, ale również dlatego, że wciąż próbuje udowodnić, że nie ma kłopotu z różnorodnością.

Czy jednak istnieją jakieś twarde dowody na to, że dylemat progresistów ma przełożenie na świat wyborów politycznych i społecznych? W większości państw UE procent PKB odbierany w formie opodatkowania jest nadal na historycznie wysokim poziomie pomimo wzrostu wielu form różnorodności. Ale prawdą jest również to, że Skandynawia, która posiada najbardziej rozwinięte systemy opieki socjalnej, należy do najbardziej społecznie i etnicznie jednorodnych regionów Europy Zachodniej. Jednocześnie koncept państwa opiekuńczego zawsze był słabszy w indywidualistycznych, podzielonych etnicznie Stanach Zjednoczonych w porównaniu do bardziej jednorodnej Europy. Trzeba również zauważyć, że trzy fale legislacji, wprowadzające w USA idee państwa opiekuńczego – New Deal (Nowy Układ) Franklina Roosevelta, Fair Deal (Uczciwy Układ) Harry’ego Trumana i Great Society (Wielkie Społeczeństwo) Lyndona Johnsona – nastąpiły podczas długiej przerwy w masowej imigracji w czasach między pierwszą wojną światową a rokiem 1968. (Były również naturalnie reakcją na kryzys gospodarczy i dwie wojny światowe.)

Trzej naukowcy z Instytutu Badań Ekonomicznych przy Uniwersytecie Harvarda, Alberto Alesina, Edward Glaeser i Bruce Sacerdote, w swojej pracy z roku 2001 zatytułowanej „Dlaczego USA nie posiada systemu opieki socjalnej w stylu europejskim”, twierdzą, że odpowiedź tkwi w fakcie, że zbyt wiele osób z dołu drabiny społecznej w USA – to czarni lub Latynosi. W całych Stanach 70% ludności – to biali nie będący Latynosami, jednak w ubóstwie żyje zaledwie 46% takich osób, a co za tym idzie, nieproporcjonalnie wysokie kwoty podatku dochodowego wydawane są na świadczenia dla mniejszości. W publikacji stwierdzono również, że Stany, bardziej niż przeciętnie podzielone etnicznie, wydają mniej na pomoc społeczną. W konkluzji autorzy piszą, że Amerykanie traktują ubogich jako członków innej grupy, podczas gdy Europejczycy wciąż myślą o biednych jako o członkach tej samej grupy. Robert Putnam, analityk zajmujący się kapitałem społecznym, wykazał również związek między wysokim przemieszaniem etnicznym a niskim poziomem zaufania w USA. Istnieją też dowody z Wielkiej Brytanii wspierające tę tezę. Badacze z brytyjskiego Instytutu Badań Rynku i Opinii Społecznej Mori wykazali, że średni poziom zadowolenia z władz lokalnych spada proporcjonalnie do wzrostu różnorodności etnicznej. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że obszary o wysokim zróżnicowaniu etnicznym są często uboższe, według Mori rozdrobnienie etniczne wciąż ma znaczący negatywny wpływ na stosunek do władz lokalnych.

Szwecja i Dania mogą także być potraktowane jako swoiste laboratorium społeczne w kwestii kompromisu pomiędzy konceptami solidarności i różnorodności w nadchodzących latach. Oba państwa zaczynały podobnie, jako jednolite etnicznie kraje o wysokim poziomie redystrybucji, jednak obecnie prezentują różne podejścia do imigracji. Mimo, że oba kraje kładą duży nacisk na integrację obcokrajowców, Szwecja przyjęła umiarkowanie wielokulturowe podejście. Dostosowała również nieco swoją gospodarkę, redukując ilość miejsc pracy dla starszych rodowitych Szwedów płci męskiej na rzecz większej liczby nisko płatnych miejsc pracy dla imigrantów w sektorze publicznym. Około 12% Szwedów urodziło się za granicą, a szacuje się, że do 2015 roku liczba osób poniżej 18 roku życia, urodzonych za granicą lub jako dzieci urodzonych za granicą, wzrośnie do 25%. To radykalna zmiana, a Szwecja dostosowuje się do niej dość dobrze (w pierwszych klipach o żałobie w Szwecji po zabójstwie Anny Lindh pokazano imigrantów, wyrażających swój smutek doskonale się przy tym posługując językiem szwedzkim). Jednak nie wszyscy Szwedzi są ukontentowani.

Dania posiada bardziej restrykcyjne i „natywistyczne” podejście do imigracji. Jedynie 6% populacji urodziło się za granicą, a rodowici Duńczycy uzyskują lepsze świadczenia socjalne niż przybysze. Jeśli konflikt pomiędzy solidarnością a różnorodnością rzeczywiście istnieje, a obecne tendencje się utrzymają, to należałoby oczekiwać powiedzmy za 20 lat, że Szwecja będzie miała mniej redystrybucyjny system niż Dania, a raczej, że Dania będzie miała bardziej rozwinięty dwustopniowy system pomocy socjalnej z wyższymi świadczeniami dla swoich, a Szwecja system bardziej uniwersalny, lecz mniej hojny.

Jakie są główne zarzuty lewicy w sprawie konfliktu pomiędzy solidarnością i różnorodnością? Zwolennicy teorii wielokulturowości podkreślają rozliczne odmienności funkcjonujące w Wielkiej Brytanii, takie jak różnice klasowe i regionalne, które poprzedzają falę ostatniej imigracji. Twierdzą oni, że wszyscy ludzie mają podobne potrzeby i wspólny cel zapewnienia tych potrzeb przy jak najmniejszych kontrowersjach co, jak mówią, można teraz osiągnąć wprowadzając stosowne zapisy dotyczące praw człowieka. Wnioskują też, że wrogość wobec różnorodności jest zwykle formą „fałszywej świadomości”.

Krytycy dylematu również słusznie twierdzą, że normy moralne leżące u podstaw wspólnoty nie muszą być trudne do wdrożenia dla osób z zewnątrz, ponieważ mogą dotyczyć ogólnych wspólnych standardów rozumienia dobra i zła, pewnych ustaleń w kwestiach małżeństwa i rodziny, poszanowania dla prawa i jakiegoś rodzaju konsensusu na temat roli religii w życiu publicznym. Ponadto dodają, że istnieją na świecie miejsca takie jak Kanada (a nawet Australia), które z powodzeniem łączą system opiekuńczy w europejskim stylu z oficjalną polityką wielokulturowości. Jeśli chodzi o Londyn, to można powiedzieć, że poziom różnorodności etnicznej jest tam podobny i wyrównany jak w USA, a jednocześnie miasto to jest najbardziej lewicową częścią Wielkiej Brytanii.

Jesienią 2003 r. amerykański kwartalnik Dissent opublikował artykuł dwóch naukowców, Keitha Bantinga i Willa Kymlicka, w którym stwierdzono brak związku między przyjęciem polityki wielokulturowości w krajach takich jak Kanada, Szwecja i Wielkiej Brytania a osłabieniem państwa opiekuńczego. Jednak wiele z przepisów, które opisują, jest albo zbyt technicznych (umożliwiając podwójne obywatelstwo), lub zbyt łagodnych (ustanowienie instytucji rządowej ds. mniejszości), aby mogły wywołać poważny opór w kwestiach podatkowych. Autorzy zakładają również zbyt szybką reakcję na rosnącą różnorodność – a takie emocje narastają na przestrzeni dekad, jeśli nie pokoleń. Także dwóch brytyjskich naukowców, Bhikhu Parekh i Ali Rattansi, przedstawiło swoją krytykę tezy o konflikcie pomiędzy solidarnością a różnorodnością (m.in. jako odpowiedź na artykuły w miesięczniku Prospect), która również zakłada nieprawdopodobnie szybkie następstwa przyczynowo skutkowe. Badacze argumentują, że ponieważ rozwój państwa opiekuńczego w Wielkiej Brytanii w latach czterdziestych XX w. zbiegł się z pierwszą dużą falą imigracji grup etnicznych pochodzenia nieeuropejskiego, różnorodność etniczna nie jest przeszkodą dla solidarności społecznej. Jednak rozwój państwa opiekuńczego po roku 1945 był wynikiem co najmniej 100 lat wcześniejszych doświadczeń i agitacji. Pojawienie się niewielkiej liczby imigrantów w latach czterdziestych i pięćdziesiątych prawdopodobnie nie miało tu dużego znaczenia. Parekh, Kymlicka i inni twierdzą również, że to siła laburzystów, a nie etniczna jednorodność odzwierciadla prężność państwa opiekuńczego. Jednak poparcie dla laburzystów jest większe tam, gdzie nie ma żadnych znaczących podziałów religijnych czy etnicznych. Tak czy inaczej, nie zajmujemy się tu powstawaniem państwa opiekuńczego, ale raczej jego rozwojem w dzisiejszych warunkach.

Kolejny argument zwolenników tezy o wielokulturowości jest bardziej wymowny. Twierdzą, że jedna historia danego narodu nie stanowi solidnej podstawy dla wspólnej kultury, ponieważ zawsze była podważana na tle klasowym, regionalnym i religijnym, np. w Wielkiej Brytanii lewica datuje demokrację od czasów buntów chłopskich, natomiast prawica od Magna Carty. Jednak chociaż to prawda, trzeba się również zgodzić, że te różne podejścia odnoszą się do wspólnej historii. Nie oznaczają jednej, jedynie słusznej narracji ani tożsamości narodowej, podobnie jak mąż i żona opisując swoje życie małżeńskie nie będą mówić jednym głosem. Nie oznacza to również, że podkreślanie spajającej siły wspólnej historii (czy też instytucji historycznych takich jak parlament) skazuje imigrantów na obywatelstwo drugiej kategorii. Nowo przybyli mogą i powinni przyjmować historię swojego nowego kraju, a także, z czasem, przyczyniać się do niej, przechodząc od określenia „oni”, używanego do opisywania imigrantów, do swojskiego „my” dla współobywateli. Historia Wielkiej Brytanii mimo, że imperialna, obejmuje też narracje wielu grup imigrantów – dla przykładu, żołnierze imperium walczyli w wielu wojnach, które przyczyniły się do powstania współczesnej Wielkiej Brytanii .

Chciałbym przedstawić jeszcze jedno zastrzeżenie odnośnie dylematu progresistów. Stosunek do państwa opiekuńczego jest, w przypadku wielu ludzi, bardziej instrumentalny: tyle wpłacam, a tyle daje mi państwo. Wraz z bogaceniem się społeczeństwa osłabiają się też więzy między ludźmi dzielącymi ryzyko w ramach systemu państwa opiekuńczego (dzieje się to najpierw lokalnie, a następnie na szczeblu krajowym); pojęcie „szczodrości” staje się bardziej abstrakcyjne i obowiązkowe, to kwestia oświeconego własnego interesu, a nie wzajemnego obowiązku. Co więcej, system pomocy społecznej jest mniej redystrybucyjny niż ludzie to sobie wyobrażają – większość podatku zapłaconego przez obywateli wraca do nich w tej czy innej formie, natomiast procent przeciętnego dochodu danej osoby, który trafia w ręce osób jej zdaniem na niego niezasługujących jest nieduży. To jednak w niewielkim stopniu rozwiewa obawy, które są na ogół wymyślone, a nie rzeczywiste. Oznacza to, że istnieje większe prawdopodobieństwo, że biedni biali, którzy posiadają stosunkowo niewiele, będą bardziej niechętni przekazywaniu innym nawet niewielkich kwot niż osoby o wyższych dochodach.

Pomimo tych zastrzeżeń nadal wydaje mi się, że ci, którzy cenią sobie solidarność powinni dbać, aby nie osłabła ona w skutek nieuznania jej ograniczeń. Polityk, który niedawno bardzo podkreślał ograniczenia odczucia solidarności, zwłaszcza w odniesieniu do imigrantów, to minister spraw wewnętrznych, David Blunkett. Mówił on o potrzebie większej integracji niektórych społeczności imigrantów – zwłaszcza muzułmańskich – nadal popierając wysoki poziom migracji netto w Wielkiej Brytanii wynoszący ponad 150.000 osób rocznie.

Zwolennicy imigracji na dużą skalę teraz skupiają się na wymiernych korzyściach ekonomicznych, odwołując się do własnych interesów, a nie do idealizmu państwa gospodarza. Chociaż prawdą jest, że imigracja na pewnym poziomie jest korzystna – ani NHS, ani przemysł budowlany, nie przetrwałyby bez niej – korzyści masowej imigracji są kwestionowane przez ekonomistów, takich jak Adair Turner i Richard Layard. Oczywiste jest, na przykład, że imigracja nie jest długoterminowym rozwiązaniem dla starzenia się społeczeństwa z tej prostej przyczyny, że imigranci również się starzeją. Utrzymanie obecnej struktury wieku w ciągu najbliższych 50 lat zakładając dzisiejszy wskaźnik urodzeń wymagałoby 60 mln imigrantów. Zarządzanie starzejącym się społeczeństwem wymaga podniesienia wieku emerytalnego i wydajności, a także ograniczenia imigracji. Masowy przypływ niewykwalifikowanych robotników zezwala rodzimym uniknąć najgorszych i najmniej dochodowych zawodów, ale również zwiększa nierówności, ma niewielki wpływ na wzrost gospodarczy w przeliczeniu na mieszkańca i przekierowuje świadczenia w populacji gospodarza do pracodawców i osób bardziej zamożnych.

Ale imigracja na dużą skalę, szczególnie jeśli następuje w bardzo krótkim czasie, wpływa nie tylko na ekonomię, lecz także na mniej uchwytne aspekty związane z tożsamością i wzajemnymi zobowiązaniami – które są też niszczone z innych stron. Może również przyczynić się do prawdziwych – a nie tylko wymyślonych – konfliktów interesów. Przykładem są, mające związek z imigracją, kolejki po mieszkania komunalne w wielu dużych miastach w Wielkiej Brytanii w latach 1970 i 1980. W dzielnicach takich jak londyński East End prawo do przyzwoitego mieszkania komunalnego zawsze było traktowane jako część spuścizny klasy robotniczej. Kiedy imigranci zaczęli przybywać w 1960 roku nie mieli znajomości umożliwiających im dostanie się na listę oczekujących, a więc często zamieszkiwali w kiepskich jakościowo lokalach prywatnych. Wiele osób uważało to za niesprawiedliwe i postanowiło zmienić zasady: od tego czasu kryterium potrzeb wyparło znajomości. Więc jeśli para z dziećmi z Bangladeszu mieszkała w lokum o niskim standardzie, otrzymywali określoną ilość punktów, co pozwalało im wyprzedzić na liście młode białe pary, które figurowały na takiej liście od lat. To oczywiście nie przysparzało mi popularności wśród wielu białych. Podobne spięcia między wyobrażeniami na temat sprawiedliwości powstałymi w lokalnych grupach oraz powszechnie stosowanymi prawami człowieka są nie do uniknięcia w państwie opiekuńczym, z coraz bardziej zróżnicowaną populacją.

Największą solidarność obecnie spotyka się wśród mniejszości etnicznych, co jest reakcją na rzeczywistą lub domniemaną dyskryminację. To może być kolejnym powodem niechęci niezamożnych białych, którzy z zazdrością patrzą ze swoich podzielonych etnicznie dzielnic jak mniejszości okazują sobie wzajemne wsparcie i poczucie wspólnotowości, kiedyś będące cechą życia brytyjskiej klasy robotniczej. Paradoksalnie, to prawdopodobnie osłabienie uczucia wzajemności wśród białej większości w Wielkiej Brytanii spowodowało, że stało się ono łatwiejsze do przyjęcia dla mniejszości. Stopień antagonizmu pomiędzy grupami jest proporcjonalny do stopnia współpracy wewnątrz grup. W stosunku do innych dużych krajów europejskich, można twierdzić, że brytyjskie poczucie narodowej kultury i solidarność było raczej słabe – nadwyrężone przez system klasowy, imperium, cztery różne nacje, podział na północ i południe, a nawet długi cień kultury amerykańskiej. To osłabienie narodowej solidarności, dobrze zobrazowane przez „nieprzystępność” podmiejskiej Anglii, być może stworzyło rodzaj zapory przeciw skrajnemu nacjonalizmowi. Jesteśmy bardziej tolerancyjni niż, powiedzmy, Francuzi, ponieważ nie troszczymy się wystarczająco o siebie samych, aby niechętnie podchodzić do przyjazdu innych.

Kiedy solidarność i różnorodność występują w sprzeczności, którą stronę powinna poprzeć polityka? Różnorodność daje sobie radę sama – sprzyjają jej podskórne trendy w rozwoju społecznym i gospodarczym. Solidarność, z drugiej strony, kwitnie w trudnych czasach, stąd poczucie więzów było bardzo silne tuż po drugiej wojnie światowej i słabnie od czasu kiedy dostatek, mobilność społeczna, różnorodność wartości i (w niektórych rejonach) imigracja rozluźniły więzy wspólnej kultury. Polityka państwa powinna zatem faworyzować solidarność w czterech szeroko pojętych obszarach.

Imigracja i azyl Mniejszości etniczne stanowią około 9% Brytyjczyków, a w Londynie ta liczba sięga jednej trzeciej. Przy zachowaniu obecnej tendencji w 2050 r. mniejszości etniczne, choć wiele z nich już w czwartym lub piątym pokoleniu, stanowić będą około jednej piątej populacji. W wyniku zamieszek na tle rasowym na północy Anglii w 2001 r., strachu przed radykalnym islamem, po zamachach na World Trade Center, i obaw przed napływem azylantów w połowie lat 1990 (co potęgowała zresztą prasa popularna), kwestia imigracji znalazła się na liście głównych problemów wyborców. Jak wynika z badań Instytutu Mori, 56% populacji (w tym 90% niezamożnych białych, a nawet duża grupa imigrantów), obecnie uważa, że w Wielkiej Brytanii jest zbyt wielu imigrantów. Sytuację taką wywołał po części przeciążony system ds. azylantów, który przymusza uchodźców do korzystania z systemu opieki i zakazuje im podejmować pracę przez okres co najmniej dwóch lat – co gwarantuje wrogość ze strony zwykłych Brytyjczyków z ich przewrażliwieniem na punkcie „pasażerów na gapę” (patrz ostatni sondaż Instytutu Mori w miesięczniku Prospect, str. 16). Po okiełznaniu systemu, kiedy nieuprawnieni wnioskodawcy będą szybko usuwani lub przekierowani do urzędów ds. migracji, zakaz pracy powinien zostać skrócony do sześciu miesięcy lub całkiem zniesiony. Właściwie funkcjonujący system ds. azylantów zasadniczo uciszy emocje towarzyszące debacie o problemie rasowym i związanym z imigracją.

Imigrant imigrantowi nierówny: może nim być amerykański bankier, indyjski informatyk, czy somalijski uchodźca – od najbardziej pożądanego do najbardziej uciążliwego, przynajmniej na początkowym etapie. Imigrantów, którzy planują osiąść w Wielkiej Brytanii, należy zachęcać, aby stali się Brytyjczykami w stopniu, który nie kłóci się z kultywowaniem ich własnych tradycji kulturowych. W zamian za nauczenie się języka, znalezienie pracy, płacenie podatków oraz przestrzeganie przepisów i norm społeczeństwa gospodarza, imigranci muszą mieć dostęp do systemu i zachęty, aby stać się dobrymi obywatelami. (Mimo, że pożądane jest zwiększenie udziału mniejszości w wyższych segmentach rynku pracy, ustalanie parytetów i działania afirmacyjne wydają się przynosić w USA skutek przeciwny do zamierzonego). To naturalne, że imigranci z jednego kraju trzymają się razem, jednak polityka powinna mieć na celu zapobieganie segregacji we wszystkich głównych obszarach życia: miejsca zamieszkania, edukacji, pracy, religii. W każdym razie powojenne podejście na zasadzie laissez – faire, według którego obywatele mniejszości etnicznych nie byli zachęcani do współtworzenia kultury (choć wielu to jednak robiło), powinno zostać odrzucone. Ceremonie nadania obywatelstwa, lekcje języka oraz doradztwo dla nowych obywateli powinny pomóc stworzyć brytyjską wersję dawnego amerykańskiego tygla. Ten trzeci sposób budowania tożsamości różni się od przymusowej asymilacji postulowanej przez nacjonalistyczną prawicę, która odrzuca wszystkie elementy obcej kultury, ale także od wielokulturowości, która odrzuca wspólną kulturę.

Czy istnieje jakiś „punkt zwrotny” znajdujący się pomiędzy 9% mniejszości etnicznych w Wielkiej Brytanii a 30 % w USA, po przekroczeniu którego powstaje zupełnie inne społeczeństwo w stylu amerykańskim, o ostrych podziałach etnicznych, słabym systemie społecznym i niskiej partycypacji w życiu politycznym? Tego nikt nie wie, ale jest takie założenie. Aby nie przekroczyć tego punktu zwrotnego i nie przesadzać z okazywaniem solidarności wobec przybyszów ważne jest, aby przekonać większość, że system umożliwiający przyjazd do kraju i uzyskanie obywatelstwa jest pod kontrolą, oraz że istnieje uczciwa debata na temat skali, tempa i rodzaju imigracji. Zapraszać inteligentnych, aspirujących Hindusów lub Azjatów ze wschodniej części tego kontynentu to jedno. Jednak dla wielu ludzi nie jest jasne, dlaczego dobrym pomysłem ma być też zapraszanie ludzi z ubogich części świata rozwijającego się z małym doświadczeniem w kwestiach urbanizacji, sekularyzacji i zachodnich wartości.

Polityka Socjalna hojne państwo opiekuńcze nie jest kompatybilne z otwartymi granicami, a być może nawet z masową imigracji w stylu USA. Europa to nie Ameryka. Jedną z przyczyn fragmentacji i indywidualizmu amerykańskiego stylu życia jest rozmiar tego kraju. W Europie, przy dużo większej gęstości zaludnienia i kontroli planowania, zasady muszą być inne. Jesteśmy skazani na dzielenie się – bogaci nie mogą ignorować biednych, a tubylcy przybyszów – jednak nie oznacza to, że wszyscy są zadowoleni z tego faktu. Uniwersalne podejście do opieki społecznej oparte na prawach człowieka nie bierze pod uwagę faktu, że prawa wymagane przez jedną grupę nie przekładają się automatycznie na obowiązek zaakceptowania ich, ani zapłacenia za nie przez inną grupę – jak widzieliśmy na przykładzie starszego małżeństwa z Leicester. Jeśli wybieramy system o wysokich podatkach i zasadzie redystrybucji, zwłaszcza w przypadku dodatkowych wymagań opieki socjalnej dla starzejącego się społeczeństwa, to w świecie pełnym obcokrajowców podatnicy muszą mieć pewność, że ich pieniądze są wydawane na ludzi, dla których mają trochę zrozumienia. Z tego powodu, prawo do opieki socjalnej powinno stać się bardziej otwarcie warunkowe. Zasady muszą być przejrzyste i równo traktować osoby o różnym pochodzeniu etnicznym, religii, seksualności i tak dalej, natomiast zachowanie potencjalnych beneficjentów powinno być brane pod uwagę. Ludzie, którzy konsekwentnie łamią zasady cywilizowanego życia nie powinni otrzymać bezwarunkowej pomocy społecznej.

Nadanie podatkom i redystrybucji bardziej lokalnego charakteru pozwoliłoby obserwować, jak i na kogo wydawane są nasze podatki. Istnieje też bardziej kontrowersyjna decyzja popierana przez Meghnad Desai wprowadzenia dwustopniowego systemu opiekuńczego. Osoby migrujące z przyczyn czysto ekonomicznych lub pewien rodzaj uchodźców uzyskaliby prawo do czasowego zamieszkania, prawo do pracy (ale nie do głosowania) i mieliby dostęp tylko do ograniczonych świadczeń, natomiast osoby imigrujące na stałe i podejmujące wysiłki, aby uzyskać obywatelstwo otrzymałyby pełny dostęp. Dwustopniowy system opieki socjalnej mógłby zmniejszyć presję na system azylowy, a także pomóc w usunięciu znamion rasizmu z koncepcji obywatelstwa. Zarówno biały bankier wywodzący się z klasy średniej jak i sklepikarz Azjata mieliby pełne obywatelstwo brytyjskie, natomiast biały słoweński robotnik czasowy już nie. Taki dwustopniowy system powstaje w Danii. Można też powiedzieć, że do pewnego stopnia istnieje także w Wielkiej Brytanii: migranci posiadający pozwolenie na pracę i małżonkowie podczas dwuletniego okresu próbnego nie mają dostępu do większości świadczeń. Jeśli chcemy łączyć solidarność społeczną ze stosunkowo dużą imigracją, to jest to również mocny argument za dowodami osobistymi (które obecnie nie obowiązują w Wielkiej Brytanii), zarówno z przyczyn logistycznych jak i jako oznaki obywatelstwa, które wykracza poza wąskie grupy i lojalności etniczne.

Kultura Dobre społeczeństwa potrzebują miast takich jak Londyn i Nowy Jork, a także bardziej jednorodnych, stabilnych, małych i średnich miast środkowej Anglii czy amerykańskiego Środkowego Zachodu. Jednak nacisk zarówno w kulturze jak i w mediach, powinien być kładziony na utrzymanie wspólnego narodowego dialogu w czasach, gdy oglądające i słuchające go społeczeństwo jest coraz bardziej podzielone. W Wielkiej Brytanii, to oznacza silne wsparcie dla „spoiwa społecznego”, którego rolę pełni BBC. (Spoiwo, którym kiedyś była religia przestało działać, a tak czy inaczej, nie może być stosowane w przypadku imigrantów różnych wyznań.) Program nauczania szkolnego na temat wieloetnicznych współobywateli to dobre posunięcie. Jednak za dużo dzieci kończy szkołę nie mając świadomości szerokiej panoramy zakreślonej przez historię ich narodu. Nauczanie historii Wielkiej Brytanii, w szczególności historii imperium i późniejszej imigracji do Wielkiej Brytanii, powinno stanowić oś programu. Jednocześnie, imigranci powinni być zachęcani, by stać się częścią brytyjskiej tożsamości, wnosząc jednocześnie własne zupełnie inne spojrzenie na jej powstawanie.

Polityka i język Osoby promujące wielokulturowość twierdzą, że wiążąca moc liberalnego państwa narodowego została zniszczona od wewnątrz przez różnorodność wartości oraz od zewnątrz przez przybycie społeczności imigrantów o różnych lojalnościach. Jednak państwo narodowe pozostaje niezastąpione jako miejsce demokratycznego uczestnictwa i trudno wyobrazić sobie, jak inaczej można zorganizować państwa opiekuńcze i system redystrybucji jeśli nie z krajowych podatków i wydatków publicznych. Co więcej, od czasu przybycia grup imigrantów z kultur nie liberalnych lub antyliberalnych stało się jasne, że aby pozostać liberalnym, państwo być może musi nakazać bardziej przejrzystą hierarchię wartości. Stany Zjednoczone próbowały osłabić napięcie między liberalizmem a pluralizmem poprzez stworzenie potężnego mitu narodowego. Nawet gdyby było to pożądane w Wielkiej Brytanii, prawdopodobnie nie dałoby się powtórzyć. Nawet idea wspierania wspólnej kultury, w pełnym tego słowa znaczeniu, może już być niemożliwa. Kiedy próbuje się wymienić elementy wspólnej kultury okazuje się jak trudno byłoby ustanawiać jakieś prawo w tym zakresie. Co nie oznacza, że pomysł należy zarzucić, powinien raczej pełnić funkcję informacyjną dla polityki społecznej i stanowić podstawowe założenie, a nie zbiór zasad. Polityka imigracyjna i ds. opieki socjalnej na przykład powinna być tak opracowana, aby ograniczać strach przed pasożytami społecznymi ,natomiast wzmacniać symboliczne aspekty obywatelstwa, takie jak święta narodowe lub przemówienia o stanie państwa, ponieważ ich znaczenie rośnie w społeczeństwie, w którym nieformalne porozumienia i solidarność nie mogą być brane za pewnik.

Różne style życia i duża imigracja mogą nadać kulturze i gospodarce nieco dynamizmu, naruszając jednak poczucie wzajemnych obowiązków, zmniejszając chęć do płacenia podatków, a nawet zniechęcając do życia publicznego. W nadchodzących dekadach polityka europejska może sama zacząć przesuwać się na tej osi, a problemy lewicy i prawicy zastąpione zostaną przez wojny kulturowe, wynikające z innych wartości oraz przez ruchy „za” i „przeciw” różnorodności. Partie socjaldemokratyczne mogą się rozpaść, częściowo z przyczyn klasowych: według najnowszych brytyjskich raportów na temat postaw, klasa średnia i robotnicza coraz bardziej zbliżają się do siebie w kwestiach podatkowych i gospodarczych, lecz są inne w kwestii różnorodności.

Obawy wywołane przez napływ osób ubiegających się o azyl w Wielkiej Brytanii, obecnie wydają się blaknąć. Jednak nie zostały one po prostu wymyślone przez media; znaczące spowolnienie gospodarcze i duży napływ migrantów z Europy Wschodniej po rozszerzeniu UE może łatwo wywołać je ponownie. Postępowe centrum musi pomyśleć o tych sprawach, aby nie zostać przez nie zalane, a w tym celu musi próbować stworzyć nowy język, który wykroczy poza słaby i abstrakcyjny kod uniwersalnych praw z jednej strony a defensywny, natywistyczny język tożsamości grupowej z drugiej. Zbyt często język liberalnego uniwersalizmu, który dominuje debatę publiczną, pomija kwestie powinowactwa między ludźmi. To powinowactwo nie stanowi przeszkody na drodze do dobrego społeczeństwa, ale jest jednym z jego fundamentów. Ludzie zawsze będą faworyzować własne rodziny i społeczności, natomiast zadaniem realistycznego liberalizmu jest dążenie do definicji społeczności, która jest na tyle szeroka, aby obejmować ludzi z różnych środowisk, a jednak nie na tyle szeroka, aby stać się bezsensowną.

20 luty 2004 r.

Dowiedz się
więcej: