konkursy

filmowy

muzyczny

Bożena Gierat-Bieroń o sąsiedzie-cudzoziemcu

„Czy akceptuję sąsiada cudzoziemca?” – pytanie to towarzyszy mi od dawna. Mam wrażenie, że w Polsce nie jest to ono retoryczne. Wiele osób powie: „Nie przeszkadza mi sąsiad cudzoziemiec, byle nie był czarny”. To newralgiczny punkt polskiej tolerancji. Definiują go w ten sposób często przedstawiciele starszego pokolenia, ludzie z małych miasteczek, ale też młodzi radykałowie i konserwatyści. Jak mamy być tolerancyjni, skoro zawsze żyli obok nas tylko mówiący tym samym językiem Polacy-katolicy? Pojawienie się w najbliższym otoczeniu Hindusa, Somalijczyka, Wietnamczyka, który prowadzi restaurację, czy Kirgiza handlującego tanimi ubraniami na bazarach, stwarza pewną niezręczność, z którą trzeba stanąć twarzą w twarz. Zwłaszcza gdy sąsiad jeździ tą samą windą i mieszka na tej samej klatce schodowej. Bo jeszcze studentkę czy studenta z Francji albo z Hiszpanii, można zaakceptować. To przecież Europejczycy. Przyjezdni z innych kontynentów, innych kultur, o kontrastowo innym wyglądzie i odmiennym stylu bycia, budzą niepokój. Przyglądamy się im z jednej strony z zaciekawieniem, gdyż ludzi w kwiecistych koszulach czy o płaskich nosach nie widzieliśmy na co dzień, ale z drugiej strony – podskórnie denerwuje nas ich obecność, ponieważ narzuca dystans, obcość czy powiew innego świata, do którego nie byliśmy przyzwyczajeni. Samoistnie tworzy się napięcie.

Kiedy myślałam o konferencji, na której można będzie porozmawiać o sprawach wielokulturowego społeczeństwa, nie miałam na względzie rozwiązania wszystkich skomplikowanych spraw wielokulturowej koegzystencji. Chciałam stworzyć przestrzeń do dyskusji nad zderzeniem hermetyczności i homogeniczności polskiej kultury ze współczesną wersją współżycia społecznego, która rodzi napięcie wynikające z odmienności etnicznej, religijnej i językowej, i jako taka staje się codziennością. Zastanawiałam się, czy ów niepokój rodzący się ze społecznej interakcji musi być koniecznie podszyty wrogością i niechęcią; czy nie można go przekuć w ciekawą, otwartą relację z drugim człowiekiem. Doświadczenie zachodnich demokracji ostatnich kilku lat podpowiada, że tolerancja wobec innego miewa swoje dramatyczne skutki. Wszyscy się tego przestraszyliśmy. Rodzi się więc pytanie, jak mamy zdefiniować dzisiejszą, najbardziej współczesną wersję tolerancji, aby można bez strachu otworzyć drzwi dla sąsiada cudzoziemca.

Pierwsza odpowiedź jest oczywista. Wtedy, kiedy zobaczymy w nim człowieka, a nie „dziwadło”, „mutanta”, po prostu wroga. Po drugie, kiedy go poznamy i przekonamy się, że to jest ktoś taki sam jak my, tyle że opakowany w garnitur innej kultury i mówiący innym językiem. Jednakże kiedy okaże się, że jego zwyczaje i sposób bycia wyzwalają zachowania niezgodne z naszym kodeksem kulturowym, że czujemy ostentację odmienności, a nawet presję, wtedy mamy prawo powiedzieć „stop” tolerancji Interesowało mnie, jakimi metodami przełamuje się ten moment wahania – pomiędzy akceptacją a odrzuceniem oraz czy przełamanie może zachodzić po jednej i po drugiej stronie równocześnie. Czyli, czy jest możliwe, że będziemy mieć do czynienia z sytuacją kompromisu, negocjacją i renegocjacją odmienności, że w tym momencie „starcia” nie włączymy siły czy przemocy, a racjonalne myślenie. Wierzę głęboko, że nasza krakowska konferencja Wielokulturowość – kryzys ponowoczesnego społeczeństwa? pozwoli wskazać sposoby kulturowego współistnienia tak różnorodnego dziś społeczeństwa europejskiego, że wspólnie przedyskutujemy najbardziej trudne sprawy. Jest pewne, że zarówno w wielu innych krajach, jak i w Polsce, trzeba przemyśleć problem na nowo. Należy uczyć się akceptacji dla odmienności, ale – po doświadczeniach Norwegii, Wielkiej Brytanii czy USA – bez naiwnego wynoszenia na piedestał projektów ideowych. Ujawniły one w praktycznym zastosowaniu wiele ciemnych stron. Myślę, że trzeba się zastanowić nad tym, jak cudzoziemiec ma się stać częścią polskiej wspólnoty oraz jak my – przecież też cudzoziemcy – możemy stać się częścią wspólnoty obcej.

Dowiedz się
więcej: